Image Image Image Image Image Image Image Image Image Image
Przewiń do góry

Góra

Brak komentarzy

Sprawa dla Wallandera

Sprawa dla Wallandera

Tomasz Stempowski | On 18, Maj 2016

 

Pisząc Grząskie piaski Henning Mankell wiedział, że umiera. Zamiast obmyślać kolejną kryminalną szaradę dla Kurta Wallandera, odszukał w pamięci rzeczy, które były dla niego ważne. Niewielki rozdział poświęcił fotografiom.

Uchwycono na nich momenty, które – podobnie jak sny – mówią jakąś prawdę o mnie, choć wcale mnie na nich nie ma. Niektórych zdjęć na pewno nie zapomnę do końca życia. Te czarno-białe odbitki nie wyblakną, ani nie zamażą się w moich wspomnieniach. Bo pamiętać o czymś a nie móc o czymś zapomnieć to nie to samo.

Dwa zdjęcia wryły mu się w pamięć szczególnie mocno. W książce nie ma ich reprodukcji. Nie wiadomo też kiedy i w jakich okolicznościach pisarz je zobaczył. Opis tych zdjęć nie jest zbyt szczegółowy. Mankell nie tyle relacjonuje zawartość kadrów, ile wysnuwa z nich historie sportretowanych ludzi. Stara się wejść w ich skórę, zrozumieć sytuacje, w jakich się znaleźli. Ulega przy tym swojej narracyjnej pasji.

Pierwsza fotografia zostało zrobione w Paryżu w 1919 lub 1920 roku. Pokazuje grupę mężczyzn w ogrodzie na tle muru lub grupy drzew. Są elegancko ubrani, ale mają straszliwie zdeformowane twarze, a u niektórych widać także inne okaleczenia. To weterani I wojny światowej, którzy ze względu na swój przerażający wygląd postanowili żyć wspólnie w odosobnieniu od społeczeństwa. Wyglądają jak ucharakteryzowani do horroru, ale nie próbują zasłaniać twarzy i patrzą prosto w obiektyw.

Mankell zadaje sobie przede wszystkim pytanie z czyjej inicjatywy i po co zrobiono to zdjęcie. Nie jest to przecież obrazek, który wysyła się rodzinie. Przypuszcza, że miało być przestrogą dla świata przed okropieństwami wojny. To możliwe.W takim właśnie celu Ernst Friedrich opublikował w 1924 roku album Krieg dem Kriege! Guerre à la Guerre! War against War! Oorlog aan den Oorlog! Zebrał w nim fotografie z archiwów wojskowych i medycznych, z których wiele pokazywało twarze żołnierzy pozbawione żuchw, oczy, nosów czy uszów. Antywojenna propaganda szoku miała przeciwdziałać wcześniejszej propagandzie mobilizującej ludzi do walki. Jednak Mankell sądzi, że głównym sens zdjęcia jest inny:

Fotografia zdaje się mówić: oto my. Mimo wszystko. Wciąż żyjemy. Mimo wszystko ładnie się ubieramy i dajemy sobie zrobić zdjęcie, które obiegnie świat.

Opis zamieszczony przez pisarza nie jest na tyle precyzyjny, żeby bez wątpliwości stwierdzić, o jakie zdjęcie chodzi. Wygląda na to, że w chwili pisania nie miał go przed oczami. W jego pamięci zatarły się szczegóły, a wyobrażenia mogły przemieszać się z rzeczywistością. Jednak jest dość prawdopodobne, że tak duże wrażenie wywarła na nim karta pocztowa z wizerunkami pięciu żołnierzy o okaleczonych twarzach, których Georges Clemenceau zaprosił do Wersalu na uroczystość podpisania traktatu pokojowego 28 stycznia 1919 r. Wybrał ich – na prośbę wojskowego gubernatora Paryża – główny lekarz „oddziału twarzy” szpitala Val de Grace w Paryżu H. Morestin. „Śzczęśliwcami” byli: Eugène Hébert, Henri Agogué, Pierre Richard, Albert Jugon, André Cavalier. W tym czasie W szpitalu Val de Grace leczono w tym czasie ok. 200 żołnierzy z podobnymi ranami.

 

Gueules Cassees1

 

Sytuacja „Roztrzaskanych Twarzy” (Gueules Cassées), jak ich nazywano, była trudna także dlatego, że nie obejmowały ich odszkodowania przyznane inwalidom. Uznawano, że rany tego rodzaju nie przeszkadzają w pracy. Karta pocztowa zapewne była środkiem promowania ich racji. W 1919 r. płk Yves Picot założył pierwsze stowarzyszenie ludzi, którzy znaleźli się w podobnej sytuacji. Dwa lata później wraz z Bienaimé Jourdain i Albertem Jugon utworzył Francuską Unię Osób z Uszkodzeniami Twarzy i Głowy (Union des Blessés de la Face et de la Tête, UBFT), która w następnych latach stworzyła ośrodki dla okaleczonych żołnierzy. Pierwszy otwarto w 1927 r. w Moussy-le-Vieux, drugi w 1936 r. w La Valettedu-Var. W 1925 r. Gueules Cassées otrzymali uprawnienia inwalidzkie.

Drugi obraz fotograficzny, który Mankell przywołuje w swojej książce, to nie pojedyncza fotografia, ale ich seria. Zrobiono ją w czasie II wojny światowej. Przedstawia rozstrzelanie partyzantów przez niemiecki patrol na terenie Jugosławii. Pisarz tak opisuje tę scenę:

Ustawiono ich [partyzantów] na polu. Wiemy, że jest lato bo w tle widać kopy siana. Poza tym jest bardzo ciepło. Wprawdzie niemieccy żołnierze mają na sobie kompletne mundury zapięte pod szyję, ale chłopcy czekający na śmierć są w cienkich rozpiętych koszulach. […]

Partyzanci zostają ustawieni w rzędzie przed jednym ze stogów siana. Niemieccy żołnierze przygotowują się do oddania strzałów.

I wtedy dzieje się coś dziwnego. Jeden z Niemców rzuca broń, zdziera z siebie marynarkę i staje pośród skazańców. Nie da się wyczytać ze zdjęć, czy jest zdenerwowany, czy też czyni to ze spokojem. Po prostu zmienił stronę. Zamiast strzelać, woli zostać rozstrzelany. […]

Na ostatnim zdjęciu widać leżących na ziemi martwych partyzantów. Wśród nich jest niemiecki żołnierz, ale nie da się go od nich odróżnić, bo zrzucił górę munduru i hełm.

Pisarz wyznaje, że zdjęcia wywołują silne emocje i każą zadać kilka pytań. Dlaczego niemiecki żołnierz zdecydował się oddać życie? Przecież swoim czynem nikogo nie uratował. Co czuli jego koledzy, strzelając do swego towarzysza?

Mankell nie napisał z ilu fotografii składa się seria. Właściwie nie wiadomo, co pokazują poszczególne ujęcia. Przedstawił słowną opowieść, której wizualny pierwowzór może zawierć różne wersje obrazów. Właściwie jego relacja bardziej pasuje do zachowującej pewna ciągłość narracji filmowej, niż do oddzielonych od siebie kadrów. Wyszczególnione zostało tylko ostatnie ujęcie, pokazujące ciała zabitych.

Tak jak w przypadku pierwszego zdjęcia brak szczegółów nie pozwala na zidentyfikowanie fotografii ze stuprocentową pewnością. Można jednak wskazać obrazy, które pasują do większości elementów nakreślonego w książce opisu. Chodzi o fotografie dokumentujące rozstrzelanie 20 lipca1941 r. w serbskiej wsi Smederevska Palanka 16 partyzantów, wraz z którymi zabity miał zostać także niemiecki żołnierz.

 

fot. 1

 

Gueules Cassees2

 

fot. 3

 

Początek mitu o żołnierzu Wehrmachtu, który odmówił strzelania do partyzantów i sam został rozstrzelany sięga pierwszych powojennych lat. W trakcie ekshumacji ofiar egzekucji świadkowie zauważyli elementy niemieckiego wyposażenia żołnierskiego. Gdy w 1947 roku postawiono pomnik upamiętniający pomordowanych, nazwisko jednego z nich, Chorwata Marsela Mezica, zapisano w wersji niemieckiej jako Marcel Masel.

W 1961 roku artykuły na temat niemieckiego żołnierza obiegły prasę jugosłowiańską, a w grudniu tego samego roku w Niemczech na łamach „Neue Illustrierte” (3.12.1961) opublikowane zostały zdjęcia pokazujące egzekucję w Smederevskiej Palance. W 1966 roku wydrukował je tygodnik „Quick” (7.8.1966), a później również inne gazety. Czytelników poproszono o rozpoznanie, kim był widoczny na jednej z fotografii człowiek w mundurze Wehrmachtu, bez hełmu i pasa, idący w stronę ustawionych w szeregu skazańców. Na apel odpowiedział deputowany do zachodnioniemieckiego Bundestagu Wilderich Freiherr Ostman von der Leye. W oparciu o dziennik dowódcy 714 Dywizji Piechoty Friedricha Stahla, udostępniony mu przez jego syna kierującego w tym czasie Archiwum Wojskowym we Freiburgu, zidentyfikował nieznanego żołnierza jako starszego szeregowego Josefa Schultza.

schultzjosephW 1972 roku do Jugosławii pojechał brat Josefa Walter Schulz, który potwierdził przypuszczenia Ostmana. W następnym roku rewizytował go jugosłowiański dziennikarz, który później na łamach gazety „Politika” opisał Josefa jako młodego artystę i członka antyhitlerowskiej opozycji. Odnaleziono także świadka, Zvonimira Jankovića, który powiedział, że w trakcie egzekucji widział niemieckiego oficera gwałtownie krzyczącego na żołnierza w mundurze bez oznaczeń.

Prawdziwość takiego przebiegu wydarzeń została jednak zakwestionowana. Z dokumentów Centrali Krajowych Administracji Wymiaru Sprawiedliwości ds. Wyjaśnienia Zbrodni Narodowosocjalistycznych w Ludwigsburgu i Archiwum Wojskowego we Freiburgu wynika, że Schulz zginął dzień wcześniej, a meldunek o jego śmierci został przesłany do Naczelnego Dowództwa o 2 w nocy 20 lipca. O rozstrzelanym Niemcu nie wspomina również naoczny świadek egzekucji serbski pisarz Antonije Iskaović. Także towarzysze broni Schulza potwierdzili, że zginął z rąk partyzantów.

Bez względu jaka była geneza mitu, zyskał on sporą popularność na terenie Jugosławii, a w mniejszym stopniu także w RFN. Mit „dobrego Niemca” był od końca lat 60. podtrzymywany w licznych jugosłowiańskich publikacjach, a nawet szkolnych podręcznikach. W 1980 r. w Smederevskiej Palance wzniesiono nowy pomnik, na którym przywrócono prawidłową wersję nazwiska Mezica, a do listy ofiar dopisano Schulza. Jak przypuszcza Carl Bathke w analizującym sprawę Schulza artykule Das Bild des deutschen Widerstandes gegen Hitler In (ex-) Jugoslawien, mit był potrzebny do zbudowania obrazu „innych Niemiec” po ponownym nawiązaniu w 1968 r. stosunków dyplomatycznych miedzy Belgradem i Bonn. Mimo kontrowersji, co do autentyczności zdarzenia, ambasador Niemiec brał w latach 1981-1997 udział w uroczystościach rocznicowych organizowanych pod pomnikiem.

Na fotografii reprodukowanej w prasie jeden z niemieckich żołnierzy nie ma hełmu i pasa, i dlatego zaliczono go do grona ofiar. Obraz znacznie odbiega od dynamicznej sceny nakreślonej przez Mankella. W pierwowzorze niemiecki żołnierz nosi mundur i wydaje się wolno iść w stronę jeńców. Pisarz kazał mu zedrzeć z siebie marynarkę i stanąć pośród ofiar. Te różnice wynikają nie tylko z zawodności pamięci i narracyjnej pasji Mankella. Być może przywołuje on nieświadomie nie fotografie, lecz kadry filmu.

W 1973 roku jugosłowiańska wytwórnia filmowa Zastawa Film zrealizowała 13-minutowy kolorowy film Joseph Schultz w reżyserii Predraga Golubica, w którym obraz oryginalnego zdjęcia został połączony ze scenami odegranymi przez aktorów. Motyw niemieckiego żołnierza odmawiającego udziału w egzekucji pojawiał się w kinie jugosłowiańskim już wcześniej. Podobna scena pojawia się w filmie Krwawa bajka (Krvava bajka) z 1969 r. w reż. Branimira Tori Jankovica ze zdjęciami Jerzego Wójcika. Różnica polega na tym, że niesubordynowany żołnierz zostaje zabity nie przez kolegów, ale przez oficera, który strzela mu w plecy.

 

 

Sprawa Schulza budzi zainteresowanie i kontrowersje także współcześnie. W 2011 roku były korespondent „Frankfurter Allgemeine Zeitung” w Belgradzie Michael Martens opublikował czterystustronicową książkę Heldensuche. Die Geschichte des Soldaten, der nicht töten wollte (Poszukiwanie bohatera. Historia żołnierza, który nie chciał zabijać), w której starał się zrekonstruować mechanizm kształtowania się mitu Josefa Schulza i jego roli w niemieckiej i jugosłowiańskiej polityce pamięci.

Zdjęcia egzekucji w Smederevskiej Palance żyją własnym życiem. Niestety, mimo rozgłosu, jaki zyskały, zdarza się, że są błędnie opisywane. Na początku bieżącego roku jedno z nich zostało zreprodukowane (w lustrzanym odbiciu) na tylnej okładce i 94 stronie książki Rūty Vanagaitė Mūsiškiai (Nasi). Publikacja poświęcona udziałowi Litwinów w zagładzie Żydów wzbudziła kontrowersje podobne do tych, jakie w Polsce pojawiły się po wydaniu Sąsiadów Grossa. Błędny podpis brzmi: Żydzi czekający na strzał. Pamięć bywa zawodna.

Obie fotografie ważne dla Mankella łączy temat wojny oraz jej straszliwych konsekwencji. Przypomina pod tym względem Susan Sontag, dla której jednym z najważniejszych doświadczeń było zobaczenie w wieku 12 lat zdjęć ze scenami z obozów koncentracyjnych w Bergen-Belsen i Dachu. Dla niej był to moment niechcianej „negatywnej epifanii”. Chwila, która podzieliła jej życie na dwie części: przed i po. W słynnym eseju W platońskiej jaskini z tomu O fotografii pisarka wyznaje:

Gdy patrzyłam na nie, coś się we mnie załamało. Dotarłam do jakiejś granicy, nie tylko granicy potworności: czułam nieodwracalny smutek, przygnębienie , ale zarazem coś we mnie stwardniało, coś obumarło, coś jeszcze płacze.

Szwedzki pisarz spotkanie z obrazami wojny przeżył inaczej. Dostrzega w nich także pewne aspekty pozytywne. W zdjęciu „strzaskanych twarzy” odnajduje siłę, która wbrew wszystkiemu każe okaleczonym żołnierzom trwać i pokazywać swoje rany światu. W geście niemieckiego żołnierza widzi natomiast przykład jednostki, która potrafiła wyjść z roli bezwolnego wykonawcy rozkazów, choć przyszło jej za to zapłacić najwyższą cenę.

To ciekawe, że Mankell wybrał nie zdjęcia prywatne, związane z życiem rodzinnym, dzieciństwem, czy ukochanymi ludźmi, ale kadry ukazujące doświadczenia społeczeństw europejskich. Nie wiążą się one nawet bezpośrednio z historią jego ojczyzny. Zostały zrobione w odległych od niej miejscach, w czasie konfliktów, w których Szwecja nie uczestniczyła. Mimo to właśnie te obrazy uznał za swoje. Najwidoczniej język fotografii rzeczywiście jest uniwersalny. Przywołane z pamięci kadry stały się dla pisarza narzędziem pomagającym rozumieć świat, czy może raczej – jak sam pisze – jakąś prawdę o nim samym. Ostatnie zdanie rozdziału o fotografiach brzmi: Mogę tylko patrzeć na to zdjęcie co jakiś czas i próbować zrozumieć.

 

autor: Tomasz Stempowski


Dodaj komentarz