Image Image Image Image Image Image Image Image Image Image
Przewiń do góry

Góra

Brak komentarzy

Slightly Out of Truth

Slightly Out of Truth

Tomasz Stempowski | On 21, Wrz 2017

Opowieść fotoedytora magazynu LIFE Johna G. Morrisa o czterech zniszczonych przy wywoływaniu negatywach Roberta Capy z lądowania w D-Day na Omaha Beach w Normandii, z których przetrwało tylko 11 klatek, to bajka. Ale bardzo ładna i zapewne dlatego powtarzana do dziś. Przez lata nikt jej nie kwestionował. Nie było powodu: Capa był świetnym fotografem, zdjęcia z lądowania porażały ekspresją, Morris uchodził za jednego z najlepszych fotoedytorów świata. A jednak, na tym obrazie ktoś dostrzegł rysę.

Historia wspaniałej jedenastki, jak ochrzczono zdjęcia Capy, powtarzana była niezliczoną ilość razy. W książce Zdobyć zdjęcie. Moja historia fotografii prasowej Morris przedstawił ją następująco:

Około dziewiątej przybył zdyszany posłaniec ze skromną przesyłką od Capy: czterema rolkami filmu trzydziestopięciomilimitrowego i sześcioma rolkami „studwudziestek” (filmów o wymiarach 2 1/4 na 2 1/4 cala ze zdjęciami, które Robert zrobił jeszcze w Anglii i podczas przeprawy przez Kanał). […]

Szef naszych techników, Braddy, dał filmy do wywołania młodemu Dennisowi Banksowi. Fotografik Hans Wild obejrzał je na mokro i zadzwonił do mnie, mówiąc, że chociaż zdjęcia na kliszach trzydziestopięciomilimetrowych są ziarniste, to wyglądają „wspaniale”. […]

Kilka minut później do mojego gabinetu wbiegł zapłakany Dennis.

– Nieszczęście! Wszystkie zdjęcia Capy przepadły!

Z niedowierzaniem pognałem z nim na dół do ciemni, gdzie Dennis wyjaśnił, że jak zwykle powiesił film do wyschnięcia w służącej nam za suszarnię drewnianej szafce – nad stojącym na podłodze elektrycznym grzejnikiem. Ponieważ kazałem mu się śpieszyć, zamknął drzwi, i emulsja stopiła się w pozbawionym wentylacji pomieszczeniu.

Podniosłem kolejno do oczu cztery rolki filmu.

Trzy okazały się beznadziejne: nic nie było widać. Ale na czwartej pozostało jedenaście całkiem ostrych zdjęć.

W czerwcu 2014 r. krytyk i historyk fotografii Allan Douglass Coleman zmieścił na swoim blogu gościnny post fotoreportera Johna Rossa Baughmana, w którym ten powątpiewał w wersję Morrisa. Dało to początek projektowi badawczemu, w którym obok dwóch wyżej wymienionych uczestniczyli także Rob McElroy i Charles Herrick. W trakcie badań krytycznie przeanalizowano zarówno historię wykonania zdjęć, jak i późniejsze losy negatywów. Szczegółowy przebieg śledztwa można prześledzić na stronie internetowej Colemana, w zakładce projektu „Alternate History: The Robert Capa D-Day Project”. Wnioski, do których doszli badacze da się zawrzeć w kilku punktach:

– Capa twierdził, że wylądował na plaży Omaha Beach wraz z pierwszą grupą żołnierzy, podczas gdy pojawił się tam godzinę po niej;

– Według Capy po wylądowaniu trafił wraz z innymi żołnierzami pod przytłaczający ostrzał, tymczasem w tym rejonie ostrzał był względnie słaby;

– Capa miał zrobić 106 kadrów, ale nie wykonał ich więcej niż 11;

– Capa mógł kontynuować robienie zdjęć oddziału, z którym przybył, ale tego nie zrobił;

– Capa przebywał na Omaha Beach nie dłużej niż pół godziny;

– Po powrocie do Anglii rankiem 7 czerwca, Capa nie dostarczył filmów bezpośrednio do biura LIFE, lecz przekazał je kurierowi, którego dwunastogodzinne opóźnienie wywołało problemy z dotrzymaniem terminów wydawniczych.

Projekt został dobrze przyjęty w środowisku krytyków i historyków fotografii. Cały zespół został w 2014 r. uhonorowany nagrodą za badania nad dziennikarstwem przyznawaną przez Society of Professional Journalists Sigma Delta Chi (SDX), a Coleman otrzymał w 2015 r. nagrodę magazynu „The Photo Review” za wybitne zasługi dla fotografii, w tym śledztwo w sprawie zdjęć Capy z D-Day. Tezy postawione przez Colemana wydają się dobrze udokumentowane. A niektóre zostały potwierdzone przez Johna Morrisa.

11 listopada 2014 r. w Dniu Weteranów przyznał on w wywiadzie udzielonym Christiane Amanpour z CNN, że historia o zniszczonych negatywach nie jest prawdziwa. Najpierw powtórzył opowieść o emulsji stopionej przy suszeniu negatywów, a następnie powiedział:

Wydaje się teraz, że na tych pozostałych trzech rolkach nie było nic, od czego można by zacząć [fotoreportaż]. Eksperci stwierdzili ostatnio, że w ten sposób nie można stopić emulsji filmu i że on [Capa] po prostu nie zrobił tych zdjęć.

Więc teraz sądzę, że jest całkiem możliwe, że Bob upchnął razem wszystkie swoje filmy 35 mm i odesłał je do Londynu, wiedząc, że na jednej z tych rolek są zdjęcia, które faktycznie zrobił tego ranka.

Więc możliwe, że wcale nic nie straciliśmy z tego co sfotografował. Tego, co pozostło do zobaczenia.

Wersję tę potwierdził grudniu 2016 r. w wywiadzie dla „New York Times” przeprowadzonym z okazji jego 100 urodzin.

 

 

Można by sądzić, że to ostatecznie zamyka sprawę. A jednak pierwotna wersja opowieści nadal ma swoich zwolenników, i to nie tylko wśród tych, którzy nie słyszeli wyznania Morrisa. Na stronie iMediaEthics ukazał się niedawno komentarz Colemana do artykułu Bruce’a Younga The Fog of War. D-Day and Robert Capa  opublikowanego w piśmie National Press Photographers Association „News Photographer”, którego autor zaatakował Colemana i zakwestionował jego ustalenia. Sprawa stała się głośna, gdyż NPPA odmówiło zamieszczenia sprostowania, co wywołało pytania o etyczność postępowania stowarzyszenia.

Według Colemana, koncerny i instytucje medialne, takie jak TIME/LIFE, Magnum Photos i International Center for Photography, które wykorzystują i rozpowszechniają dorobek Capy, starają się podtrzymywać pierwotną wersję opowieści Morrisa. Posuwają się przy tym nawet do fałszerstw, czego przykładem jest video, które TIME opublikował 29 maja 2014 z okazji 70 rocznicy powstania zdjęć z Omaha Beach. Pokazano w nim cyfrowo spreparowane obrazy zniszczonych negatywów Capy. Po krytyce ze strony historyka Roba McElroy’a film został wycofany i przemontowany. O sprawie informował m.in. PetaPixel.

Dlaczego John G. Morris rozpowszechniał i przez lata podtrzymywał wymyśloną wersję o zniszczonych negatywach? Można snuć przypuszczenia, że w gorącej atmosferze towarzyszącej lądowaniu aliantów w Normandii, pod presją czasu i oczekiwań odbiorców oraz wymogów propagandy wojennej potrzebował jakiegoś wytłumaczenia tego, że zdjęć jest mało i że odbiegają technicznie od tego, co zwykło się publikować w magazynie takim jak LIFE. Historyjka chwyciła i trudno było się z niej wycofać.

Być może chciał też podtrzymać sławę Capy i otaczającą go romantyczno-bohaterska aurę. Już w 1938 r. „Picture Post” nazwał Capę: największym fotografem wojennym na świecie. To rodziło oczekiwania żądnej sensacji publiczności, którym nie zawsze łatwo było sprostać.

Sam Capa nie wzdrygał się przed podkolorowywaniem rzeczywistości, jeśli służyło to autokreacji. Nie bez powodu poświęcony mu artykuł Johna Herseya z 1943 r. nosił tytuł Człowiek, który sam siebie wynalazł (The Man Who Invented Himself). Wspomnienia Capy z lat II wojny światowej Slightly Out of Focus miały być nie dokumentem, lecz podstawą scenariusza filmowego. Na skrzydełku obwoluty pierwszej edycji można przeczytać:

Pisanie prawdy jest w oczywisty sposób tak trudne, że pozwoliłem sobie w jej interesie czasami ją w tę lub drugą stronę przekroczyć. Wszystkie wydarzenia i osoby w tej książce są przypadkowe i mają coś wspólnego z prawdą.

W książce Capa napisał, że filmy z D-Day zapakował do torby prasowej i wysłał do Londynu. Kilka dni później dowiedział się o przypadkowym stopieniu emulsji negatywów. Raczej nie mógł być źródłem tej opowieści. Po prostu ją powtórzył. Mógł natomiast zawyżyć liczbę zrobionych na Omaha Beach zdjęć i udramatyzować przebieg wydarzeń. Byłby to jeden z tych przypadków, gdy jak sam zapowiadał, wykroczył poza prawdę.

We wprowadzeniu do jednego z późniejszych wydań książki Richard Whelan zauważył, że już w drugim zdaniu Capa rozminął się z faktami. Napisał bowiem, że jego nowojorskie studio znajdowało się na najwyższym piętrze trzykondygnacyjnego budynku przy 9. ulicy, gdy tak naprawdę mieściło się w innym miejscu na piątym piętrze. Capa sądził jednak, że trzypiętrowy budynek lepiej pasuje do hollywoodzkich wyobrażeń o Greenwich Village. Poświęcił więc fakty dla efektu. Czy i jak często robił to w odniesieniu do ważniejszych wydarzeń, zostaje kwestią otwartą.

Spór o historię zdjęć Capy z D-Day będzie zapewne jeszcze wracał. John Morris zmarł 28 lipca tego roku i już go nie rozstrzygnie. Być może zrobią to książka i wystawa prezentujące ustalenia projektu „Alternate History”, których rychłe przygotowanie zapowiada Coleman.

André Gunthert w artykule wstępnym do nr. 35 „Études photographiques” zwrócił uwagę na jeszcze inny aspekt powyższych kontrowersji. Według niego historia projektu „Alternate History” pokazuje zmiany, jakie w ostatnich latach zaszły w sferze badań nad fotografią. Otóż tradycyjna historia fotografii, podobnie jak historia sztuki, związana jest z programami dużych instytucji (muzeów, ośrodków badawczych) wrażliwych na zależności ekonomiczne. Często bardziej zależy im na wymazywaniu wątpliwości dotyczących dzieł uznanych autorów, niż ich wyjaśnieniu. Dopiero rozwój amatorskich badań w następstwie rozwoju Internetu i łatwego dostępu do rosnących zasobów cyfrowych, zmienił ten stan rzeczy. Jeżeli to dobra diagnoza, można spodziewać się kolejnych rewelacji.

 

Autor: Tomasz Stempowski


Następny wpis

Najnowszy wpis

Dodaj komentarz