Image Image Image Image Image Image Image Image Image Image
Przewiń do góry

Góra

Brak komentarzy

Dzień z życia Związku Sowieckiego

Dzień z życia Związku Sowieckiego

Tomasz Stempowski | On 03, Wrz 2017

Jak na fotografiach pokazać życie kraju? W 1974 r. tygodnik Life wysłał stu fotografów, żeby w ciągu jednego dnia zrobili zdjęcia w różnych zakątkach Ameryki. Efekty ich pracy ukazały się w specjalnym wydaniu magazynu, zatytułowanym: One Day in the Life of America (Jeden dzień z życia Ameryki). Trzy lata później Rick Smolan, który brał udział w projekcie Life’a, postanowił w podobny sposób zrobić album o Australii – kraju, który go zauroczył, gdy w 1976 r. fotografował go na zlecenie magazynu Time, a w następnych latach dla National Geographic.

Żaden z wydawców nie był zainteresowany jego pomysłem. Koszty zatrudnienia i wysłania 100 profesjonalnych fotografów na odległy kontynent wydawały się zbyt wysokie, żeby można było liczyć na zwrot inwestycji, nie wspominając o zysku. Smolan nie dał jednak za wygraną i wraz z edytorem Davidem Cohenem założył własne wydawnictwo. Zdołali przekonać linie lotnicze, hotele, Kodaka i inne firmy, żeby w zamian za część nakładu książki przekazały im bilety lotnicze, noclegi, materiały fotograficzne itp. Fotografowie mieli dostać wynagrodzenie dopiero, gdy książka zacznie przynosić zysk. Czekali na nie blisko 8 lat. Dopiero po sukcesie wydanego w 1986 r. albumu A Day in the Life of America (Dzień z życia Ameryki), który rozszedł się w nakładzie ponad miliona egzemplarzy, wzrosło zainteresowanie wcześniejszymi książkami o Australii (1982), Hawajach (1984), Japonii (1985) i Kanadzie (1985). W tym czasie przedsięwzięcie firmował już gigant wydawniczy Collins Publishers, któremu Smolan i Cohen sprzedali swoją firmę.

Pomysł poświęcenia jednej części cyklu Związkowi Sowieckiemu pojawił się już w 1984 r. Na przeszkodzie stały jednak, oprócz problemów organizacyjnych i finansowych, kwestie polityczne. Po ZSRS nie można było poruszać się swobodnie ani robić tam zdjęć. Na wszystko trzeba było uzyskać zgodę władz. Przez trzy lata Smolan i Cohen spotykali się z Rosjanami, którzy wprawdzie wyrażali uprzejme zainteresowanie, jednak nie podejmowali żadnych zobowiązań. Sytuacja zmieniła się dopiero po przejęciu kierownictwa partii komunistycznej przez Michaiła Gorbaczowa, a więc już w dobie głasnosti i pieriestrojki. Co więcej, prawdopodobnie to osobista interwencja sekretarza generalnego KC KPZR dała projektowi zielone światło. W grudniu 1986 r. delegacja amerykańskich uczniów podarowała mu egzemplarz książki Dzień z życia Ameryki. Jewgienij Zykow z Agencji Prasowej „Nowosti”, która ze strony sowieckiej koordynowała projekt, wspomina, że zobaczył relację ze spotkania w telewizji. Gorbaczow wziął album i powiedział: Dobra książka, nam by się taka przydała. Chwilę później do Zykowa zadzwonił przełożony i wezwał go na zebranie. Projekt dostał zielone światło. Miał się stać jednym z przejawów zachodzących przemian. Rosjanom zaczęło się nawet spieszyć: zaproponowali, żeby książka ukazała się na 70. rocznicę rewolucji październikowej.

Negocjacje nie były jednak łatwe. Rosjanie chcieli, żeby większość fotografów pochodziła z krajów bloku wschodniego, a tylko niewielka grupa z Zachodu. Ostatecznie zgodzili się na podział po 50%, o ile kandydaci uzyskają ich aprobatę. Nie obyło się bez trudności. Początkowo odrzucili siedmiu z nich, m.in. Davida Hume’a Kennerly’ego, który wcześniej był oficjalnym fotografem prezydenta Geralda Forda. W końcu jednak wszyscy dostali wizy.

 

 

Sowieci chcieli też, żeby negatywy zostały wywołane na terytorium ZSRS, ale okazało się to niemożliwe ze względów technicznych – nie dysponowali odpowiednimi urządzeniami do obróbki filmów Kodachrome. Kontrolę nad ostatecznym kształtem książki miał im zagwarantować udział w zespole redakcyjnym. W gronie dziewięciu edytorów znalazło się trzech Rosjan. Nie wywarli oni jednak większego wpływu na zawartość albumu. Jak powiedział Rick Smolan: przygotowanie książki przypominało pod pewnymi względami komunistyczne wybory – każdy mógł powiedzieć, co chciał, lecz ostatecznie decyzję, które zdjęcie znajdzie się w albumie, podejmował on z Davidem Cohenem.

Przedsięwzięcie obarczone było dużym ryzykiem biznesowym. Twórcy obawiali się, że strona sowiecka może się w ostatniej chwili wycofać. Aby zabezpieczyć się przed ewentualnym niepowodzeniem, prace redakcyjne prowadzono w Hiszpanii, gdzie w tym samym czasie drugi zespół edytorów przygotowywał książkę o tym kraju. Dzięki temu, gdyby wydanie rosyjskiego albumu nie doszło do skutku, straty z tym związane zostałyby częściowo pokryte przez przychody z albumu o Hiszpanii.

15 maja 1987 r. w 89 miastach rozsianych po wszystkich 15 republikach Związku Sowieckiego do pracy przystąpiło ponad stu profesjonalnych fotografów. Kraje Zachodu reprezentowali: Eddie Adams, James Balog, Letizia Battaglia, Nicole Bengiveno, Torin Boyd, Aaron Chang, Paul Chesley, Jodi Cobb, Anne Day, Jay Dickman, Dana Fineman, Gerrit Fokkema, Frank Fournier, Rudolf Frey, Raphael Gaillarde, Diego Goldberg, D. Gorton, Arthur Grace, Dirck Halstead, Frank Johnston, Graciela Iturbide, David Hume Kennerly, Douglas Kirkland, Steve Krongard, Jean-Pierre Laffont, Frans Lanting, Sarah Leen, Andy Levin, Gerd Ludwig, Mary Ellen Mark, Stephanie Maze, Dilip Mehta, Claus C. Meyer, Wally McNamee, Matthew Naythons, Seny Norasingh, Graeme Outerbridge, Bill Pierce, Larry C. Price, Rodger Ressmeyer, Jim Richardson, Galen Rowell, Sebastio Salgado, Neil Slavin, Rick Smolan, Andrew Stawicki, George Steinmetz, Patrick Tehan, David C. Turnley, Peter Turnley, Jerry Valente, John Vink, Grace Kennan Warnecke, Mark Wexler.

Ze strony ZSRR w projekcie uczestniczyli: Jurij Abramoczkin, Witalij Arutiunow, Borys Babanow, Dmitrij Baltermanc, Wiktor Czernow, Władimir Czistiakow, Dmitrij Donskoj, Sergiej Ediszeraszwili, Władimir Fiedorenko, Igor Gawriłow, Nikołaj Gnisiuk, Fridrich Grinbierg, Sergiej Guniejew, Jurij Iwanow, Marina Jurczenko, Jurij Kawier, Borys Kaufman, Wiaczesław Kisielew, Gienadij Koposow, Jurij Korolew, Paweł Kriwcow, Władimir Łagranż, Aleksandr Makarow, Oleg Makarow, Aleksandr Maklecow, Anatolij Morkowkin, Władimir Pierwiencew, Walerij Płotnikow, Sergiej Podliesnow, Aleksandr Poliakow, Władimir Rodionow, Wiktor Rudko, Sergiej Samochin, Aleksandr Siencow, Władimir Siomin, Felis Sołowiew, Jurij Somow, Lew Szerstiennikow, Jan Tichonow, Wiktor Wielikżanin, Jurij Windielin, Władimir Wiatkin.

Wspomagali ich fotografowie innych państw bloku wschodniego: Lajos Weber z Węgier, Bernd-Horst Sefzik z NRD, Oleg Homola z Czechosłowacji, Nikola Radošević z Jugosławii, Iwo Chadżimiszew z Bułgarii, Corneliu Mocanu z Rumuni, Rogelio Moré z Kuby, Magsarym Cerenżamc z Mongolii oraz Jan Morek, Tomasz Tomaszewski i Janusz Fogler z Polski.

Autorami 3096 zdjęć były sowieckie dzieci, którym Kodak przekazał sto aparatów Kodak 35 EF. Mogli je zatrzymać w zamian za swój wkład do książki.

 

 

Album był pod względem skali przedsięwzięciem bezprecedensowym. Ponad stu fotografów (na liście zamieszczonej w książce znajduje się 107 nazwisk, jedna fotografia jest anonimowa, 12 zrobiły dzieci sowieckie), personel dodatkowy, dziesiątki przewodników i tłumaczy oraz budżet sięgający 4 milionów dolarów. Edytorzy otrzymali łącznie ponad 127 000 kadrów, z czego w gotowej publikacji znalazło się 236 fotografii zrobionych przez profesjonalistów (nie licząc 3, które posłużyły za tło dla stron z tekstem) i 12 amatorskich. Książka okazała się też sukcesem komercyjnym. Nakład osiągnął 540 tys. egzemplarzy, podczas gdy inne części serii (poza tomem o Ameryce) rozchodziły się w nakładzie ok. 200 tys. sztuk.

Jak na fotografiach pokazać Związek Sowiecki? Było oczywiste, że nie uda się stworzyć obrazu wyczerpującego. Rick Smolan twierdził, że takich ambicji nie miała żadna z części serii A Day in the Life of. Za największą zaletą cyklu uważał uchwycenie na zdjęciach jednego konkretnego dnia z perspektywy różnych fotografów. To indywidualne spojrzenie każdego z nich było najważniejsze.

W przypadku albumu o Związku Sowieckim pojawiły się jednak takie trudności, z którymi wcześniej nie trzeba było się borykać. Przede wszystkim 100 fotografów to zbyt mało w stosunku do wielkości kraju. Przy Dniu z życia Stanów Zjednoczonych pracowało ich 200, mimo że kraj ten jest kilkakrotnie mniejszy. Poza tym w Związku Sowieckim wielu rzeczy po prostu nie wolno było fotografować. Ograniczenia w tym zakresie obowiązywały właściwie od początku istnienia tego państwa. W broszurze przeznaczonej dla zagranicznych turystów udających się do ZSRS, wydanej przez sowieckie biuro podróży Intourist, można było przeczytać:

Zakazane jest fotografowanie, filmowanie i szkicowanie wszelkiego rodzaju urządzeń i obiektów militarnych, portów morskich, budownictwa wodnego, węzłów kolejowych, tuneli, mostów kolejowych i drogowych, zakładów przemysłowych, naukowych instytutów badawczych, biur projektowych, laboratoriów, elektrowni, radiolatarni, central telefonicznych i telegraficznych.

Zakazane jest fotografowanie z samolotów i robienie zdjęć pokazujących rozległe tereny oraz robienie rysunków w obrębię 25-kilometrowego pasa przygranicznego…

Pojawiło się zatem pytanie, czy fotografowie uczestniczący w projekcie będą mogli swobodnie robić zdjęcia. W teorii uzyskano zapewnienie, że w ramach poczynionych ustaleń nie będą napotykać na ograniczenia. Miejsca i tematy były przedmiotem wcześniejszych negocjacji. Agencja „Nowosti” przedstawiła długą listę zawierającą propozycje o różnym ciężarze, z jednej strony: Czarnobyl rok później, z drugiej: Młody farmer karmi butelką nowo narodzoną norkę na farmie futrzarskiej w Puszkino. Z kolei twórcy książki przygotowali własne zestawienie tematów, wśród których znalazły się m.in.: Sekretarz generalny Gorbaczow odpoczywający w domu z rodziną oraz Najbardziej znane więzienie w ZSRS. Niektóre z tych propozycji były dla Rosjan nie do przyjęcia, na inne się zgodzili, nieraz wbrew oczekiwaniom zachodnich partnerów. Na przykład niemożliwe okazało się fotografowanie scen z życia Gorbaczowa, natomiast Eddie Adams został wpuszczony do więzienia. Szczególnie zaskakujące i szkodliwe z punktu widzenia redaktorów książki było nieudzielenie zgody na to, by fotografowie mogli nocować w mieszkaniach zwykłych ludzi i zrobić tam bardziej osobiste zdjęcia życia rodzinnego. Takie kadry znalazły się we wszystkich wcześniejszych częściach serii, tu trzeba było z nich zrezygnować.

 

 

Poszczególnym fotografom przydzielono konkretne zlecenia. Chodziło o to, żeby uzyskać zdjęcia o zróżnicowanym charakterze. Jednak mogli oni fotografować także wszystko, co uznają za interesujące. W liście ze wskazówkami dla uczestników projektu Rick Smolan pisał:

Pamiętajcie jednak, że nie wyruszamy, żeby wydać ostateczne sądy o Związku Sowieckim lub pokazać cały kraj w ciągu jednego dnia. Zamiast tego poprosimy was, żebyście wykorzystali swoje umiejętności w celu wykonania jednego z najtrudniejszych zadań w dziennikarstwie fotograficznym: zrobienia niezwykłych zdjęć zwykłych, codziennych zdarzeń.

W praktyce nie wszystko szło gładko. Niektórzy zachodni fotografowie twierdzili, że próbowano nimi manipulować i utrudniano im pracę. Dirck Halstead, który miał zrobić zdjęcia spawaczowi i jego rodzinie, skarżył się, że zamiast autentycznego robotnika podstawiono jakiegoś działacza partyjnego. Zarówno delikatne dłonie, jak i wysoki standard mieszkania wskazywały, ze nie był to spawacz. Później przyznał to jeden z sowieckich przewodników. Przewodnik Jodi Cobb nalegał, żeby szybko skończyła fotografować na targu, bo bał się interwencji milicji. Diego Goldberg zauważył, że tylko jego moskiewski przewodnik rozumiał ideę niepozowanej fotografii. Przewodnik przydzielony przez władze lokalne starał się podsuwać mu specjalnie przygotowane sceny. Steve Krongard narzekał, że ilekroć prosił swojego przewodnika, żeby uzyskał czyjąś zgodę na zrobienie mu zdjęcia, ludzie odmawiali. Natomiast David C. Turnley skarżył się, że w Wołgogradzie miejscowy przewodnik nie chciał zatrzymać samochodu i pozwolić mu zrobić zdjęcia kolejce do sklepu z alkoholem. Twierdził, że jest patriotą, a kolejki nie wyglądają dobrze. Uległ dopiero po stanowczych naleganiach fotografa.

 

 

Rosjanie wykorzystali te same mechanizmy i techniki, które rozwijali od końca lat dwudziestych XX wieku, kiedy, powołując do życia Wszechzwiązkowe Towarzystwo Łączności Kulturalnej z Zagranicą oraz Towarzystwo Akcyjne „Inturist”, stworzyli instytucjonalne ramy prezentowania kraju gościom z zagranicy. Do stałego repertuaru stosowanych przez nich chwytów należało pokazywanie wcześniej wytypowanych i odpowiednio przygotowanych obiektów, markowanie swobody ich wyboru, przydzielanie przewodników i tłumaczy dostarczających korzystnych dla gospodarzy interpretacji zaobserwowanych wydarzeń. Niejednokrotnie ich zabiegi kończyły się sukcesem, choć byli też tacy, u których wzmagały podejrzliwość.

Matthew Naythons wspominał, że jego przewodnik był bardzo sympatycznym i czarującym człowiekiem, który dbał o jego dobre samopoczucie. Dodawał jednak:

Trzeba być ślepym, apolitycznym, oszukiwać samego siebie, żeby myśleć, że to na ciebie nie wywiera żadnego wpływu. O wszystkich nich sądzi się, że pracują dla wywiadu, i byłbyś głupi, myśląc, że to nieprawda. Jeśli sądzisz, że ci goście to po prostu równe chłopaki, to znaczy, że ich strategia działa. Najlepszym elementem tej strategii jest to, że oni naprawdę starają się cię oczarować i sprawić, żebyś ich polubił tak bardzo, że nie będziesz chciał ich urazić lub sprawić im problemów. Taka psychologia skrywa się za ich serdecznością. Ci panowie są doskonałymi profesjonalistami. Mam ogromny szacunek do public relations i wywiadu tego kraju. Ci goście są w pełni profesjonalni. Niektórzy fotografowie całkowicie zakochali się w swoich przewodnikach i tłumaczach; nie rozumieją dyplomatycznej rozgrywki, która ma miejsce. Wydaje mi się to zdumiewające.

Podobne trudności mieli też fotografowie sowieccy. Władimir Wiatkin pojechał do wsi Sireniki na Półwyspie Czukockim, gdzie miał wypłynąć z lokalnym przewodnikiem łódką. Jednak na miejscu przedstawiciel KGB powiedział, że nie ma potrzebnego zezwolenia na przebywanie na neutralnych wodach. Zadzwonił do Moskwy, co robić, i usłyszał, że jeśli Wiatkin ma zezwolenie na robienie zdjęć, to możne płynąć na otwarty ocean, tylko trzeba przypilnować, żeby nie uciekł. Chciano wsadzić z nim do łódki pogranicznika z bronią, jednak gdy okazało się, że jest za mała, puszczono go bez strażnika.

Z kolei Anatolij Morkowkin miał sfotografować atomową odsalarnię wody w Szewczenko nad Morzem Kaspijskim. Na miejscu przyjęto go bardzo dobrze. Zawieziono do zakładów i oprowadzono po wnętrzach, ale pokazano mu tylko korytarze i pomieszczenia socjalne. Morkowkin zrobił dwa zdjęcia pokazujące korytarz i prysznice. W południe zaprowadzono go do oficera KGB odpowiedzialnego za ochronę informacji tajnych. Ten grzecznie zapytał, czy mu się podoba i czy zrobił jakieś zdjęcia. Morkowkin powiedział, że tylko dwa i chciałby kontynuować po obiedzie. Na co usłyszał, że fotografować można było tylko do godz. 12 i że powinien dwa zrobione kadry zostawić w jego gabinecie. Morkowkin zaprotestował, że przecież wszystko zostało ustalone i zaakceptowane przez KC w Moskwie. Oficer odpowiedział na to, że jego przełożeni stwierdzili, że będzie lepiej, jeśli zdjęcia nie zostaną wywiezione. Siłą ich nie zabierze, ale niech Morkowkin o tym pomyśli. Podumajtie – powiedział. I Morkowkin pomyślał, że Amerykanie przyjechali i pojadą, a z organami trzeba będzie żyć. Fotografie, choć niegroźne i raczej mało odkrywcze, zostały w Szewczenko.

Innym problemem, z którym zmierzyć się musieli twórcy albumu, były stereotypy i wynikające z nich oczekiwania czytelników. Rick Smolan ostrzegał przed nimi fotografów:

Ludzie będą oczekiwać, że „A Day in the Life of the Soviet Union” będzie manipulacją pokazującą tylko dobre aspekty kraju lub diatrybą przeciwko Sowietom. Jeśli mamy odnieść sukces, nasza książka nie powinna znaleźć się w żadnej z tych kategorii. Tak jak poprzednie książki cyklu „Day in the Life” sowieckie przedsięwzięcie nie powinno pokazywać nic więcej lub mniej niż codzienne życie ludzi. Jeśli mają być wyciągnięte jakieś wnioski, powinni zrobić to nasi czytelnicy, którzy będą mieli swobodę samodzielnego decydowania, co te zdjęcia mówią o ludziach sowieckich.

 

 

Czy zdjęcia z albumu pokazują prawdziwą Rosję? Harrison Salisbury pisze w przedmowie, że: Spoglądamy na przeszłość Rosji, teraźniejszość Rosji, przyszłość Rosji. To znamienne, że choć fotografie powstały w ściśle określonych miejscach i czasie, przywołane zostało pojęcie mitycznej Rosji, a nie konkretny moment w historii Związku Socjalistycznych Republik Sowieckich. Ta sprzeczność niejednokrotnie wraca przy lekturze książki. Z jednej strony Rick Smolan stwierdza, że gdyby fotografie zostały zrobione dzień wcześniej lub później, powstałby zupełnie inny album, z drugiej Harrison Salisbury odwołuje się do ponadczasowej rosyjskiej literatury i historii XIX wieku. Pisze, że na jednym ze zdjęć widzimy młodą kobietę, która mogłaby być Anną Kareniną, że kobiety siedzące na ławce w parku to dwie z Trzech sióstr Czechowa, a sowiecki generał mógłby walczyć z Napoleonem w 1812 r. Na koniec zaś przytacza fragment z Martwych dusz Gogola, w którym Rosja została porównana do pędzącej trojki.

Ta ucieczka do od dawna zakorzenionych w kulturze skojarzeń wynikała być może z braku nowszych adekwatnych odniesień. Obrazy Związku Sowieckiego były bowiem skrajnie uproszczone. Jak zauważyła recenzentka książki, aż do czasów Gorbaczowa: Sowieci, jak się wydawało, byli jednolitą toporną grupą, która zwykle maszerowała w paradach na placu Czerwonym i pozowała przy traktorach. Z kolei wyobrażenia inspirowane książkami Sołżenicyna nie znajdowały potwierdzenia na fotografiach. W tekście Salisbury’ego wyczuć można pewien ton rozczarowania, gdy pisze, że fotografie zrobione przez Eddy’ego Adamsa w więzieniu władimirskim wyglądają bardziej na obrazy żołnierskiej rutyny niż sceny z Jednego dnia życia Iwana Denisowicza Sołżenicyna.

Wizerunek ZSRS jako zwykłego kraju pozostawał w sprzeczności z zimnowojennymi stereotypami, a równocześnie przesłaniał prawdę o represyjnym charakterze państwa. Zdjęcia, którymi dysponowali redaktorzy, nie pokazywały tego ukrywanego oblicza. W kilku miejscach próbowano to zrekompensować w podpisach, włączając do nich informacje z punktu widzenia Rosji niekorzystne. Na przykład w tekście opisującym fotografię Igora Gawriłowa pokazującą odpoczywające pracownice kołchozu rybackiego z Kirowa na Sachalinie podano, że w 1983 r. nad tym miejscem został strącony koreański boeing. Fotograf uznał to za manipulację.

W krajach Zachodu album fotografii ze Związku Sowieckiego budził oczekiwania, których nie mógł w pełni zaspokoić. Nawet wtedy, gdy na zdjęciach zarejestrowano motywy wcześniej zakazane, nie stanowiły one żadnej rewelacji. Podobne kadry można było zrobić w wielu innych miejscach świata. Jean-Christophe Castelli w tekście zamykającym album podsumował:

Ale co w końcu odsłania ta książka? Jeśli jest udana, pokazuje, że stacja kolejowa to stacja kolejowa – nawet jeśli można ją fotografować tylko ze specjalnym pozwoleniem władz. Widzisz ludzi pędzących z ciężkimi walizkami, młodą matkę drzemiącą na ławce w oczekiwaniu na pociąg transsyberyjski, rekrutów do armii całujących swoich bliskich na pożegnanie… wszelkie zwykłe sceny, które gdy zostaną uchwycone obiektywem mistrza fotografii, odsłaniają rytm ludzkiego życia w tym kraju, jakimkolwiek kraju.

 

 

Także sowieccy krytycy podkreślali uniwersalistyczną wymowę publikacji. Władimir Miliutenko w recenzji Licom k licu s SSSR (Twarzą w twarz z ZSRS) opublikowanej w miesięczniku „Sowietskoje Foto” zwrócił uwagę, że w pierwszej chwili obraz kraju wyłaniający się z książki może zaskoczyć sowieckiego czytelnika: mało w niej uśmiechniętych twarzy, pięknych krajobrazów, zabytków architektury, nowych budowli i osiągnięć nauki. Dobór zdjęć jest inny niż w albumach publikowanych w Związku Sowieckim. Recenzent zapewnia jednak, że gdy porównamy go z wcześniej wydanymi albumami o innych krajach, dostrzeżemy, jak wiele wspólnego mają ze sobą ludzie na całym świecie: Tak samo cieszą się z przychodzącego na świat dziecka w Ameryce i ZSRS, taki sam jest ból ludzi dotkniętych chorobą, taka sama nadzieja w oczach dzieci, jak wszędzie podobni są zakochani. Takie spojrzenie może pomoc przezwyciężyć obecne ciągle stereotypy o socjalizmie jako społeczeństwie, w którym indywidualność tłumiona jest przez kolektyw.

Ale za obiektywami większości aparatów na nasze życie patrzyły dobre oczy, chcące zrozumieć, co dzieje się na ogromnych przestrzeniach naszej Ojczyzny, gdzie 280-milionowy naród sowiecki przygotowuje się do uczczenia rocznicy 70 lat największej ze wszystkich rewolucji. I w czasie, gdy na amerykańskich ekranach telewizyjnych i na łamach ilustrowanych pism nadal pojawiał się „wizerunek wroga” w postaci sowieckiego człowieka, zarażając umysł nienawistnymi ideami „Rambo” i „Ameryki”, asy amerykańskiego fotoreportażu spotykali się twarzą w twarz z ludźmi sowieckimi i zobaczyli, że są oni tacy sami jak wszyscy.

 

 

Jak książkę skonstruowano pod względem kompozycyjnym i graficznym? Podstawową ramę organizacyjną tworzy idea pokazania jednego dnia z życia kraju. Album zaczyna się więc fotografiami zrobionymi wczesnym rankiem (pierwszy kadr Jean-Pierra Laffonta pokazuje kobietę zamiatającą o 6.30 schody na placu Breżniewa w Ałma-Acie, jest też obraz wschodu słońca we Władywostoku uwieczniony o 7.30 przez Lwa Szerstiennikowa), kończą go natomiast ujęcia wykonane po zmroku. Pozostałe zdjęcia uporządkowano z grubsza chronologicznie. Na rozkładówkach zebrane zostały ujęcia pokazujące podobny temat, np. pracę, rekreację, sport, dzieci, szkołę, wojsko itp. W kilku wypadkach zaprezentowano w ten sposób fotoreportaże stworzone przez jednego autora. Problem dużego zróżnicowania geograficznego rozwiązano w ten sposób, że na każdej rozkładówce umieszczono miniaturowy zarys Związku Sowieckiego, na którym różnokolorowymi kropkami zaznaczono, gdzie zrobione zostały zdjęcia. Kropki w takich samych kolorach umieszczono przy podpisach.

Zazwyczaj na rozkładówce umieszczona jest jedna większa fotografia (często wydrukowana na obu stronach) i jedna lub kilka mniejszych. Niektóre rozkładówki wypełnia jedno zdjęcie, inne większa liczba mniejszych kadrów. To ostatnie rozwiązanie wykorzystano przy prezentacji portretów oraz fotografii zrobionych przez dzieci.

Album A Day in the Life of Soviet Union jest jedną z ostatnich prób pokazania sowieckiej Rosji przy pomocy fotografii – cztery lata po jego publikacji Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich został oficjalnie rozwiązany. Przez wcześniejsze siedemdziesięciolecie fotografowie niejednokrotnie próbowali zapisać jego obraz na kliszy światłoczułej. Robili to zarówno przybysze z różnych stron świata, jak i Sowieci o różnej narodowości. Nie zawsze fotografia miała odkryć prawdę, wielokrotnie służyła dokładnie do czegoś przeciwnego. Album Smolana i Cohena w skondensowanej, choć jednocześnie złagodzonej formie pokazuje problemy, trudności i rozterki, z jakimi stykali się wszyscy, którzy kiedykolwiek chcieli zobaczyć i pokazać ten kraj. W 1987 r. fotografowie borykali się z podobnymi trudnościami co ich poprzednicy w latach dwudziestych i trzydziestych. Na szczęście nie groziło im już takie samo niebezpieczeństwo.

A Day in the Life of Soviet Union było publikacją o charakterze komercyjnym. Fotografom i wydawcy zależało na pokazaniu „prawdziwego” oblicza kraju, jednak wiadomo było, że w przypadku Rosji będzie to trudniejsze niż we wcześniejszych częściach cyklu. Za sukces uznawano już samo to, że Sowieci w ogóle zgodzili się wpuścić zachodnich fotografów. Takie podejście tworzyło atmosferę, w której nadzwyczajnymi wydawać się mogły obrazy całkiem banalne.

 

 

Oczywiście w albumie jest mnóstwo świetnych i prawdziwych zdjęć, a jednak nie pokazuje on całej prawdy. To zresztą nie jest możliwe w przypadku żadnego albumu na jakikolwiek temat. A jednak w odniesieniu do sowieckiej Rosji tę niepełność odczuwa się bardziej. Być może dzieje się tak, bo wiemy, że pewnych obrazów po prostu nie wolno było pokazać ani nawet zarejestrować. Czekamy na nie, lecz ich nie znajdujemy, a to wpływa na odbiór także pozostałych ujęć, nawet jeśli pokazują prawdę. Bo w przypadku sowieckiej Rosji problemem było nie tylko robienie zdjęć, ale także ich oglądanie.

Album Smolana i Cohena nie doczekał się wydania ani w Związku Sowieckim, ani w krajach, które powstały po jego rozpadzie. Dopiero w tym toku, dokładnie trzydzieści lat po dniu, w którym zrobiono zdjęcia, agencja RUSS PRESS FOTO zorganizowała konferencję prasową, na której o swoich przeżyciach opowiedzieli uczestniczący w projekcie rosyjscy fotografowie i edytorzy. (Zapis wideo konferencji dostępny jest tutaj). Zapowiedziano na niej także powtórzenie pomysłu Ricka Smolana we współczesnej Rosji. Prace nad projektem Dzień z życia Rosji już trwają.

 

autor: Tomasz Stempowski

 

Tekst niniejszy otwiera cykl poświęcony wysiłkom podejmowanym przez zachodnich fotografów, żeby zobaczyć i pokazać Związek Sowiecki. Następny odcinek poświęcony będzie fotografiom głodu na Powołżu w latach 1921-1922: kto, jak i po co je robił oraz jak je później wykorzystano.


Dodaj komentarz