Image Image Image Image Image Image Image Image Image Image
Przewiń do góry

Góra

Brak komentarzy

Piekielnie żywotne miejsce: Warszawa lat 1945-1948 na zdjęciach zagranicznych fotografów

Piekielnie żywotne miejsce: Warszawa lat 1945-1948 na zdjęciach zagranicznych fotografów

Tomasz Stempowski | On 03, Paź 2020

Koniec II wojny światowej oznaczał dramatyczne zmiany: nowy podział polityczny, przesunięcia granic oraz przemieszczenia milionów ludzi. Stary porządek znikł, nowy był niepewny. Zaczynała się zimna wojna i niedawni sojusznicy stali się wrogami. Polska znalazła się wśród krajów, które ucierpiały najbardziej, a jej stolica doznała zniszczeń, które niemal wymazały ją z mapy Europy. Co więcej tzw. wyzwolenie nie przyniosło jej niepodległości. Walka o władzę ciągle trwała, ale choć komuniści jeszcze nie do końca ją przejęli, jej wynik wydawał się przesądzony. Nowa rzeczywistość wymagała opisu. Nic więc dziwnego, że goście z zagranicy przybywali tu, żeby zaspokoić ciekawość własną i opinii publicznej na Zachodzie. Fotografia była jednym z narzędzi, które miały w tym pomóc.

Stworzenie pełnej listy obcokrajowców robiących zdjęcia w Warszawie w interesującym nas okresie jest zadaniem trudnym, a być może w ogóle niemożliwym do wykonania. Większość zdjęć amatorskich spoczywa zapomniana, już nawet nie w szufladach biurek, ale na strychach i w piwnicach. Dotarcie do fotografii profesjonalistów nie jest także wcale łatwe. O ile spuścizny tych najbardziej znanych są dostępne, to dorobek pozostałych rzadko bywa eksponowany. Co więcej, zdjęcia wielu fotografów są przechowywane nie w publicznych archiwach, ale w agencjach fotograficznych, które handlują prawami do ich wykorzystania. Zwykle udostępniają one tylko te obrazy, które w ich ocenie mogą zainteresować klientów. Nie bez znaczenia są też trudności wynikające z ograniczeń nakładanych przez prawo autorskie. Dlatego niniejszy przegląd ma charakter fragmentaryczny. Pominięto w nim np. Petera Hopkinsona[1] i Petera Voutsasa, o których wiadomo, że byli w Warszawie w omawianym okresie, ale do których zdjęć nie udało mi się dotrzeć. W przyszłości listę tych, którzy fotografowali Warszawę z pewnością trzeba będzie uzupełnić.

Motywacje zagranicznych fotografów dokumentujących swój pobyt w stolicy Polski przy użyciu aparatu fotograficznego były zróżnicowane. Podstawowe wydaje się rozróżnienie między profesjonalistami a amatorami, a w tej pierwszej grupie podział na przedstawicieli agencji fotograficznych i gazet, fotografów zatrudnionych przez zagraniczne organizacje oraz niezależnych fotoreporterów.

Do pierwszej podgrupy należeli John Phillips i Tony Linck z tygodnika „LIFE”, Michael Nash z agencji Associated Press, Reginald Kenny z ACME Newspictures oraz Hans Reinhart z International News Photos.

Philips był w Polsce jeszcze przed wojną w 1938 roku. Wydała mu się ona wtedy krajem autorytarnym i nieco niebezpiecznym. W Warszawie sfotografował członków rządu, architekturę, sceny rodzajowe i dzielnicę żydowską. Po wojnie wrócił, żeby sprawdzić, co się zmieniło. To, co zobaczył, mocno go zaskoczyło. Uderzył go zwłaszcza kontrast między zniszczeniami a duchem mieszkańców. W jednej ze swoich książek zamieścił charakterystyczną anegdotę. Gdy w sierpniu 1945 roku spotkał się w Warszawie z amerykańskim ambasadorem Arthure Blissem Lanem, ten powiedział mu, że obawiał się, iż Polacy uprzątną miasto, nim ktokolwiek z zagranicy przyjedzie, żeby sfotografować zniszczenia[2]. Philips wziął to początkowo za cynizm, ale później uznał, że Lane mówił poważnie. Tłumaczył dalej:

Hitler nakazał zmieść Warszawę z powierzchni ziemi. Polacy byli tym bardziej zdeterminowani, żeby odbudować miasto. Z właściwą sobie żywotnością trwali pośród chaosu. Nic nie ilustruje tego lepiej, niż mały drewniany szyld „Pedicure i manicure” na przedzie kiedyś wspaniałego kościoła św. Aleksandra, który teraz jest spektakularną ruiną.

Stoiska sprzedające wodę sodową na szklanki i paczki papierosów były niemal na każdym rogu. Pośród ruin pojawiały się sklepy handlujące aluminiowymi garnkami i patelniami, żelazkami elektrycznymi, aparatami fotograficznymi i nawet zegarkami. Trójkołowce zostały przerobione na taksówki. Na parterze zniszczonego budynku, ozdobionego namalowaną palmą i orzechami kokosowymi powstał nocny klub[3].

Rozkładówka z rozdziałem „Irrepresible Poles” z książki Johna Phillipsa „It happened in Our Lifetime” zawierająca jego zdjęcia z Warszawy z 1945 r.

Philips zrobił w Warszawie wiele świetnych zdjęć. Pokazywał ruiny, ale przede wszystkim to, co tak rzuciło mu się w oczu – energię i żywotność mieszkańców. Na szczególną uwagę zasługują fotografie dokumentujące warunki, w jakich żyli warszawiacy. Philips pokazał je na przykładzie rodziny Stanisława i Irminy Wicklawskich. W czteropokojowym lokalu zakwaterowanych było 46 osób. W jednym pokoju z Wicklawskimi mieszkali: przyjaciel Stanisława z robót przymusowych w Niemczech Aleksander Rogalski z dwójką dzieci, pani Antonina Emerik, drugi znajomy Stanisława oraz dawna pracodawczyni Irminy – łącznie 8 osób. Warunki ich życia, a zwłaszcza to, jak sobie radzili, zrobiły na fotografie duże wrażenie. Nie tylko utrwalił je na kliszy, ale w jednej ze swoich książek poświęcił im rozdział zatytułowany „Szczęściarz z Warszawy” (The Lucky Man of Warsaw)[4].

W numerze „LIFE” z 19 listopada 1945 roku ukazał się dziewięciostronicowy fotoreportaż Phillipsa zatytułowany Nowa Polska. Zainstalowany przez Rosjan reżim stara się odbudować zrujnowany kraj (The New Poland. Russian-made Regime seeks to Rebuild a Ruined Country). W tekście wprowadzającym podkreślono, że to pierwszy od sześciu lat fotograficzny raport z Polski. Warszawie poświęcono w nim aż osiem fotografii, które pokazywały zniszczenia oraz trudne warunki egzystencji, a także różne przejawy życia społecznego, jak drobny handel czy wiernych w kościele.

Tony Linck odwiedził Warszawę na początku 1947 roku. Jego głównym zadaniem było udokumentowanie przebiegu wyborów do sejmu 19 stycznia 1947 roku. Temat potraktował szeroko. Sfotografował nie tylko sceny pokazujące ludzi zebranych przed lokalami wyborczymi i głosujących wewnątrz, ale także wydarzenia i ludzi tworzących otoczkę wyborów: liderów komunistów, opozycji i kościoła, drukarnie prasy PPR i PSL, siedziby urzędów publicznych (PPR, Urząd Bezpieczeństwa, parlament), plakaty propagandowe, obchody drugiej rocznicy wyzwolenia Warszawy, wiece i demonstracje zorganizowane przez Blok Demokratyczny przed i po wyborach. Zwraca uwagę krytyczny stosunek Lincka do wydarzeń, których był świadkiem. Dostrzegał elementy, które mogły świadczyć o nieprawidłowościach w przebiegu wyborów, np.: obecność uzbrojonych żołnierzy i agitację w lokalach wyborczych.

Wysłannika „LIFE’a” interesowała nie tylko polityka. Utrwalał także wygląd miasta, sceny uliczne, trudne warunki mieszkaniowe, działalność charytatywną kościoła. Szczególną uwagę zwracał na los dzieci. Wzbudziło to najwidoczniej pewną podejrzliwość władz, bowiem gdy fotografował na ulicy grupę wyrostków, zatrzymała go milicja. Zabrany na posterunek na przesłuchanie spędził tam kilka godzin. Wypuszczono go po interwencji polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych[5].

Kilka fotografii Lincka z Warszawy posłużyło jako ilustracje do artykułu amerykańskiego ambasadora w Polsce Arthura Blissa Lane’a Jak Rosja rządzi Polską (How Russia Rules Poland), który ukazał się w numerze magazynu „LIFE” z 14 lipca 1947 r. Większy zbiór dostępny jest w agencji Getty Images w kolekcji tygodnika „LIFE”.

Trzeci z wymienionych fotografów – Michael Nash pracował dla agencji Associated Press. Ponad 30 zdjęć zrobionych przez niego w listopadzie i grudniu 1946 roku dostępnych jest na stronie tej agencji. Jedno z nich zostało opublikowane w magazynie „LIFE” z 7 kwietnia 1947 roku, jako fotografia tygodnia. Warto zwrócić uwagę na to ujęcie. Pokazuje ono ulicznego fotografa wykonującego portret kobiety siedzącej na tle prowizorycznego malowanego ekranu zasłaniającego ruiny. Zestawienie namalowanego na nim krajobrazu z ruinami ma szczególną wizualną siłę. Motyw ten przykuł uwagę także kilku innych fotografów, o których będzie tutaj mowa, zarówno zagranicznych, jak i polskich (Bryan, Marco, Ganz i Falkowski). Poza tym Nasch udokumentował zniszczenia zabudowy stolicy, transport miejski, handel uliczny, odbudowę oraz wybitne osobistości kultury i nauki.

Reginald Kenny oraz Hans Reinhart towarzyszyli Herbertowi Hooverowi w czasie jego odwiedzin w Warszawie na przełomie marca i kwietnia 1946 r. Oprócz wizyt byłego prezydenta Stanów Zjednoczonych w różnych instytucjach, fotografowali zniszczenia wojenne i sceny uliczne. W 1946 r. prasie amerykańskiej opublikowane zostały zdjęcia Reginalda Kenny’ego pokazujące Hoovera wśród dzieci[6]. Cyfrowe kopie zdjęć obu fotografów są dostępne w agencji Corbis.

Duży wkład w udokumentowanie wyglądu i życia stolicy Polski mieli fotografowie zatrudnieni przez Administrację Narodów Zjednoczonych do Spraw Pomocy i Odbudowy (United Nations Relief and Rehabilitation Administration – UNRRA). Organizacja ta wynajęła doświadczonych fachowców, którzy przebywali w Polsce przez relatywnie długi czas.

Jednym z nich był John Vachon, pracujący w Polsce od stycznia do lipca 1946 roku. Wcześniej pod kierownictwem Roya Strykera robił on zdjęcia dla amerykańskiego Urzędu Ochrony Rolnictwa (Farm Security Administration – FSA) i Biura Informacji Wojennej (Office of War Information – OWI) oraz koncernu naftowego Standard Oil. Należał do grona fotografów, którzy wywarli znaczny wpływ na rozwój amerykańskiej oraz światowej fotografii dokumentalnej.

Okładka książki „Poland, 1946. The photographs and Letters of John Vachon”

Warszawa była tylko jednym z miejsc fotografowanych przez Vachona w Polsce. Stanowiła bazę wypadową do wyjazdów w głąb kraju. Jednak jako pierwsze polskie miasto, które widział, wywarła na nim ogromne wrażenie. W liście do żony pisał:

Wylądowaliśmy 5 mil na zachód od Warszawy, ale najpierw nasz pilot, który jeszcze nigdy tam nie był, zatoczył koło nad miastem, i je obejrzeliśmy. Warszawa jest tak doszczętnie zniszczona, że jest trudniej wyobrazić ją sobie jako miasto niż w przypadku Berlina. Trudno uzmysłowić sobie, jaka była na podstawie tylko mil cegieł i szkieletów budynków. Wydawało mi się, że Berlin będzie trudno odbudować, ale Warszawy się nie da. Po raz pierwszy patrzyłem na dziwne miejsce, o którym z powodu mojej ignorancji nic nie wiedziałem i które mnie nie obchodziło. Ale wydaje mi się, że w ciągu moich pierwszych sześciu godzin tu spędzonych stałem się częścią tego miasta i zacząłem z grubsza czuć to, co ludzie tutaj, bo jest to piekielnie żywotne miejsce, jeśli to właściwe określenie. Tak bardzo różne od Berlina. Idea, że to jest wielkie miasto, dociera do ciebie, gdy patrzysz na ludzi. Na lotnisku przywitała mnie urzędniczka UNRRA, Angielka. Nie było to łatwe. Jechaliśmy dżipem do miasta, a ona mówiła po angielsku o dzielnym duchu mieszkańców Warszawy i jak trudno znaleźć tu miejsce do zamieszkania.

Tak, to było naprawdę niewiarygodnie miejsce i chciałbym dać ci o nim wyobrażenie, ale nie wiem, czy potrafię. To duże miasto. Przed wojną ponad milionowe. Tak duże jak Detroit. Teraz w 90% zniszczone. Wiadomo o tuzinie, albo coś koło tego, budynków, które nadal stoją, między nimi hotel Polonia, który kiedyś był trzecim hotelem miasta. Teraz jest najlepszy, a jego gmach należy do najmniej naruszonych. Wszędzie, gdzie pójdziesz, stoją fragmenty domów bez dachów i większości ścian, i żyją w nich ludzie. Z wyjątkiem getta, gdzie jest po prostu wielka równina cegieł, z poskręcanymi łóżkami i wannami, sofami, obrazami w ramach, kuframi, milionami rzeczy wystającymi spośród cegieł. Nie rozumiem, jak można było zrobić coś takiego. Mówi się, że miasto było niszczone systematycznie, kwartał po kwartale i dom po domu. Dworzec kolejowy bezpośrednio przed moimi oknami był prawdopodobnie najświetniejszym dworcem w Europie, ukończono go na trzy miesiące przed inwazją. Został wysadzony, i jest niesamowitą kupą poskręcanej stali, zwalonych ścian, kawałków odzieży powiewających wysoko na jakichś belkach i mnóstwa cegieł, i rzeczy leżących na ziemi. Jest w tym coś tak złowrogiego, że nie mogę w to uwierzyć, tak jak i zrozumieć tego[7].

Ale to, o czym chce ci najbardziej opowiedzieć, to życie w tym mieście. Tak różne od Berlina, który nie jest nawet w połowie tak zniszczony. Tam wszyscy ludzie są martwi, chodzą ze spuszczonymi głowami, i w ogóle nie widać ich zbyt dużo. Tutaj przez cały dzień na ulicach są tysiące ludzi, z podniesionymi głowami, uśmiechnięci, wyglądający na zadowolonych, jak ludzie którzy rzeczywiście coś robią. Dookoła w piwnicach zburzonych domów otwierane są sklepy. Nawet w przeciągu czterech dni, które tu spędziłem, da się zauważyć zmiany. To miasto ożywia się z dnia na dzień, ludzie sprzątają cegły i gruzy, zakładają przedsiębiorstwa, krzątają, jakby byli naprawdę szczęśliwi, co trudno pojąć, gdy się patrzy na miasto tak całkowicie zniszczone. Wszystkie ulice są otwarte, a pobocza zablokowane zwalonym gruzem wysokim na 8-10 stóp. Odgarnia się go jak śnieg, żeby zrobić dojście do sklepu, który ktoś otwiera. Ludzie ciągle coś robią, wyburzając i budując, wydobywając, itp., bez żadnych maszyn. Cegła po cegle rozbierają całe budynki i układają na taczkach. Jak oni to robią, zwłaszcza przy tak nędznych warunkach. Jedzenie jest nędzne, brakuje go i jest źle rozprowadzane, ale nie brakuje ducha, a jeśli to brzmi jak polski hymn narodowy, to i tak jest to prawda – nie można pominąć odczuć tutejszych ludzi, którzy oczywiście chcą zbudować Warszawę większą niż kiedykolwiek[8].

Vachon uwiecznił swoim aparatem m.in. zabudowę miejską, sceny uliczne, ruiny getta i starówki, kilka sierocińców, szkół i domów starców[9]. Część z tych fotografii można było niedawno obejrzeć w Domu Spotkań z Historią w Warszawie[10].

Drugim fotografem zatrudnionym przez UNRRA był Julien Bryan. Przebywał w Polsce od końca października do połowy listopada 1946 roku. Amerykański filmowiec, fotograf i podróżnik, po raz pierwszy odwiedził nasz kraj w 1936 roku, ale największe uznanie przyniosły mu zdjęcia i filmy nakręcone w czasie niemieckiego oblężenia stolicy w 1939 roku. Ten fragment jego dorobku jest w Polsce dobrze znany, przypomniały go wydane przed kilkoma laty albumy[11], film dokumentalny[12] oraz wystawa[13], nie ma więc potrzeby szerzej go omawiać. Amerykański fotograf posługiwał się nie tylko aparatem i kamerą filmową, pisał także reportaże. Relacja z podróży do Polski i Związku Sowieckiego, która odbył na przełomie 1946 i 1947 roku, jest interesująca z wielu powodów. Tekst zatytułowany został Rosyjska zima, ale połowa jego objętości dotyczy Polski. Bryan nie poprzestaje na opisie wydarzeń, stara się zrozumieć istotę zmian, jakie wówczas zachodziły. Dla obcokrajowca nie rozumiejącego wielu niuansów było to jednak zadanie trudne. Zaletą tekstu jest to, że w wielu wypadkach można znaleźć w nim odniesienia do sytuacji przedstawionych na fotografiach, co pozwala je lepiej zrozumieć.

Przeżycia z września 1939 roku, znajomości i przyjaźnie, jakie wówczas nawiązał, sprawiały, że Bryan miał bardzo emocjonalny stosunek do naszego kraju. W Rosyjskiej zimie pisał:

Dla mnie to było bardzo szczególne wydarzenie, ten powrót do Warszawy. Bardzo emocjonalna sprawa. Czy którykolwiek z moich przyjaciół jeszcze żyje, ktoś spośród tych, którzy mi pomogli? I co pozostało z Europejskiego? A ambasada amerykańska, w której spałem przez dwa tygodnie w piwnicy; a rozgłośnia radiowa, którą Niemcy ostrzelali, minutę po tym, jak, przerażony na śmierć, wygłosiłem dziesięciominutowy apel o pomoc, apel, w który włożyłem dużo uczuć, ale którego nikt na świecie nie słyszał[14].

W Warszawie Bryan odwiedził miejsca, które dobrze znał z poprzednich wizyt: Nowy Świat, Krakowskie Przedmieście, Stare Miasto, teren getta, pl. Trzech Krzyży, Al. Ujazdowskie, ambasadę amerykańską. Konfrontacja ich obecnego wyglądu ze wspomnieniami i obrazem utrwalonym przed laty aparatem i kamerą, była wstrząsająca. Szczególnie poruszyło go to, co zobaczył na Rynku staromiejskim, który we wrześniu 1939 roku utrwalił na kolorowej kliszy.

I oto pojawiły się przed nami smutne surowe ruiny najpiękniejszego kiedyś rynku w Polsce. Pozostały niektóre ściany. Tu i tam nawet trochę starych fresków i płaskorzeźb, wystających bez ładu. Oto było miasto zmarłych. Nie było ani jednego znaku życia. Ściany Fukiera były zburzone. Trzystuletni miód przepadł. Były tylko mury, mury które w ciągu ostatnich pięciu lat widziały więcej cierpienia i tragedii niż w poprzednich stuleciach. Jedyną oznaką życia był woźnica dorożki, jego koń i trzech Amerykanów. Nikt nie powiedział ani słowa[15].

Kościół św. Aleksandra w Warszawie, 1946 r. Fot. Julien Bryan, USHMM, za zgodą. Sama Bryana

Uczucie przygnębienia i jakby niezrozumienia tego, co się widzi, to pierwsza reakcja wielu ludzi, którzy oglądali Warszawę zaraz po wojnie. Bryan jednak nie poddał się nastrojowi grozy. Dostrzegł to, co wcześniej Vachon – mimo ogromnych zniszczeń miasto tryskało witalnością:

Na początku wydawało się, że są to tylko upiorne mury zburzonego miasta – poszczerbione, brzydkie, przytłaczające mury. Żadnych budynków, w których mogliby mieszkać ludzie. Potem pojawiły się światła, wydawało się, że wyłaniają się z niższych partii ruin. To parterowe budynki z gruzu, małe sklepy, restauracje i warzywniaki. Dziwne małe prywatne przedsiębiorstwa, jak się później dowiedzieliśmy. Dziwne, jak na państwo kontrolowane przez sowietów. Sklepy są zatłoczone, tak samo jak ulice. Tysiące ludzi kłębi się, spycha z chodników, raczej wesoło, jednak popychając się, jak to Polacy. Przejeżdża tramwaj, dosłownie pękając od pasażerów, jak ogromny hot-dog z pękniętą skórą, spod której wystaje mięso. Cobb[16] doliczył się czterdziestu osób na zewnątrz tramwaju. Ja jestem ostrożniejszy i powiedziałbym, że nie więcej niż trzydziestu ludzi w jakiś cudowny sposób wisiało po obu stronach wagonu.

Ulice, które mijaliśmy, były w większości uprzątnięte z gruzu. I zatłoczone nie tylko tramwajami, ale także ciężarówkami, autobusami, taksówkami i cudownymi małymi motorami z bocznymi przyczepkami, które możesz wziąć jako taksówkę, ryzykując życie. Daje to wrażenie wigoru i witalności, których nie spodziewałem się znaleźć w Warszawie, najbardziej zniszczonym dużym mieście Europy[17].

Tak jak Vachon Bryan porównuje Warszawę z Berlinem:

Ulice zostały oczyszczone z gruzu, ale większość centrum jest spalona do szczętu lub wysadzona minami. Nie w rezultacie sporadycznych trafień, ale systematycznego ostrzału i zasypania pociskami całego miasta. (Pięć miesięcy później Berlin, poza rejonem Unter den Linden, wydawał się w porównaniu do Warszawy niemal nietknięty. To byłoby ciekawe dla naszych młodych niewyszkolonych żołnierzy wysyłanych teraz do Niemiec, gdyby spędzili tydzień na przygotowawczym szkoleniu w Warszawie, i zobaczyli przed rozpoczęciem służby w Niemczech, co Naziści zrobili Polsce. Być może wtedy nie ulegaliby tak łatwo obecnej niemieckiej tendencji „czy to nie straszne, jak bardzo my cierpimy”. W czasie mego pobytu w Berlinie nie spotkałem ani jednego Niemca, który okazałby jakąkolwiek oznakę poczucia winy i żalu za to, co on i jego rodacy zrobili Polsce i Rosji) [18].

Warszawa wydała się Bryanowi miastem nieporównywalnym z innymi nie ze względy na skalę zniszczeń – te, według jego oceny, były większe w Mińsku – ale z powodu ducha jej mieszkańców:

Myślę, że Warszawa to coś bardzo specjalnego. Nie znalazłem nic podobnego nigdzie w Europie, nawet w Związku Sowieckim. Jak to opisać? To ta ciekawa cecha Polaków, szczególnie prawdziwa w odniesieniu do Warszawy – szczególny rodzaj optymizmu w czasach największych przeciwności. Jeżeli ci ludzie przetrwali pięć lat niemieckiej okupacji oraz niesamowicie śmiałe, ale wyniszczające powstanie w 1944, wówczas zapewne obecne zadanie odbudowy może nie wydawać się nazbyt trudne.

Dlaczego wrócili do Warszawy, nie tylko arystokraci, ale i zwykli ludzie? Dlaczego nie zaczęli od nowa w mniej zniszczonym mieście, jak Kraków lub Łódź, które są niemal nietknięte? Albo w jednym z miast na zachodzie przejętych od Niemców, gdzie dostaliby komfortowe apartamenty lub prywatne mieszkania? Nie wiem. Prawdopodobnie żaden Amerykanin nie może tego zrozumieć, ale w sercu każdego starego Warszawiaka jest uczucie do Warszawy, które wykracza daleko poza lojalność do miasta, którą znamy w Stanach Zjednoczonych[19].

W 1946 Bryan zarejestrował na fotografiach właśnie sceny pokazujące żywotność mieszkańców stolicy. Ruiny są na nich oczywiście obecne, ale raczej jako tło, niż główny temat. Charakterystyczna jest jego reakcja na odnalezienie w gruzach ciała martwej kobiety:

Dwóch polskich robotników delikatnie wydobyło ciało, nie mówiąc ani słowa. Dla nich to była normalka. Nie miałem ochoty fotografować ciała. Co by to dało? Więc nie sfotografowałem. Nie sadzę, że powinienem. W jakiś sposób czułem się Polakiem – i ich wspaniały duch był lepszym tematem do pokazania Ameryce niż ciała zmarłych. Niemcy zabili tę kobietę, ale nie zabili ducha tych ludzi[20].

Większość fotografii Bryana przedstawia sceny uliczne, ludzi, handel, komunikację; na kilku ujęciach pokazane zostały ruiny, prace przy odgruzowywaniu, w tym wykonywane przez niemieckich jeńców, wnętrza mieszkań, kościoła św. Krzyża, restauracji i magazyny UNRRA. Można powiedzieć, że Bryan zdecydował się pokazać życie nie śmierć.

Oryginały fotografii wykonanych przez Bryana w 1946 roku w Polsce przechowywane są w Muzeum Holokaustu w Waszyngtonie, a ich cyfrowe kopie znajdują się w archiwum IPN. Warszawa i jej mieszkańcy zostali uwiecznieni na 133 z nich. 88 zdjęć to kopie negatywów czarno-białych 6×6 cm, 39 to skany wglądówek 35×24 mm, a 6 to kolorowe przeźrocza.

W 1948 Polskę odwiedził David Seymour – Chim, który dla UNESCO realizował projekt fotograficznego dokumentowania losu dzieci w krajach, które ucierpiały w czasie wojny. Seymour był z pochodzenia polskim Żydem, urodzonym w 1911 roku w Warszawie jako Dawid Szymin. W czesie studiów w Paryżu zaczął pracować jako fotoreporter. W 1947 wraz z m.in. Robertem Capą założył słynną agencję fotograficzną Magnum.

W ciagu sześciu miesiecy 1948 roku Seymour odwiedził pieć europejskich państw – Grecję, Włochy, Austrię, Węgry i Polskę – w których zrobił ponad 5 tysięcy kadrów. Najlepsze z nich zostały opublikowane w albumie Children of Europe[21], periodyku „UNESCO Courier“[22] oraz w prasie, m.in. magazynie „LIFE“[23]. Na ujęciach wykonanych w Warszawie, wśród których są także zdjęcia kolorowe, można zobaczyć dzieci w różnych codziennych sytuacjach: w szkole, na placu zabaw, wśród ruin. Zwracają uwagę zwłaszcza zdjęcia z warszawskiego sierocińca dla dzieci upośledzonych. Zrobiło ono na fotografie duże wrażenie:

W Polsce, pośród pustyni po warszawskim getcie, widziałem oazę szkoły z ogrodem dla osieroconych dzieci upośledzonych, opóźnionych, urodzonych w obozach koncentracyjnych, ofiar zranionych w różny sposób przez wojnę. Odpowiednio przeszkoleni nauczyciele przywracają te dzieci do normalnego życia przez wdrażanie ich do wykonywania produktywnej pracy, prostej, ale przekonującej: dzieki umożliwieniu im doswiadczenia, że rzeczy moga odżyć, pokazaniu, jak ich wlasny ogród rośnie, kwitnie i rodzi owoce[24].

Jedna z fotografii Seymoura z sierocińca stała się jego najbardziej znanym zdjęciem. Widać na nim dziewczynkę o imieniu Terska[25], która przeżyła obóz koncentracyjny. Poproszona o narysowanie na szkolnej tablicy domu, zapełniła ją bezładną plataniną linii. Ten ekspresyjny obraz daje wyobrażenie o jej przeżyciach.

Okładka „UNESCO Courier” (Vol. 2 No 1) z lutego 1949 r. ze zdjęciem Davida Seymoura przedstawiającym Tereskę rysującą dom

Kilkanaście zdjęć Seymora z Warszawy można zobaczyc na stronie agencji Magnum, jednak prawdopodobnie jest ich wiecej. Niestyty nie dudało się okreslić ich całkowitej liczby.

Kolejny fotograf, Szwajcar Werner Bischof, pracowł dla organizacji „Swiss Relief“. Do Polski przyjechał w 1948 roku. Wśród zdjęć, które wtedy zrobił można znaleźć obrazy zniszczeń i sceny rodzajowe, ale wyróżniają się ujęcia ogólne oraz fotografie zabytkowych detali architektonicznych, wypatrzone przez niego w ruinach.

Powody przyjazdu do Warszawy kilku fotografów trudno jednoznacznie zakwalifikować. Pracowali oni dla gazet lub agencji fotograficznych, ale jednocześnie realizowali własne projekty.

Czech Jindřich Marco w latach 1945-1948 podróżował po zniszczonej wojną Europie i dokumentował, jak odradza się w niej życie. Oprócz stolicy Polski odwiedził m.in. Berlin, Drezno, Budapeszt, Londyn. Fotografie z tego okresu zostały opublikowane w wydanym w 1967 roku w Pradze albumie Please buy my new song. Kilkanaście z nich pokazuje Warszawę, m.in. teren getta z kościołem św. Augustyna, ruiny domów, odgruzowywanie, handel uliczny, żebraków i scenę fotografowania przez ulicznego fotografa żolnierzy na tle malowanego ekranu.

Strony książki Jindricha Marco „Please Buy My New Song” ze zdjęciami z Warszawy

Robert Capa, który wraz z Seymourem założył agencję Magnum, był w Polsce w 1947 r., w drodze powrotnej ze Związku Sowieckiego, po którym podóżował wraz z Johnem Steinbeckiem. W Warszawie fotografował przede wszystkim zniszczenia zabudowy. Uwiecznił m.in ruiny warszawskiego getta z kościołem św. Augustyna w oddali.

Oprócz zawodowców Warszawę fotografowali amatorzy. Do Polski przyjeżdżali zwykle ze względów zawodowych, jako pracownicy międzynarodowych lub zagranicznych instytucji albo dyplomaci. Zdjęcia robili prawdopodobnie z własnej inicjatywy, jak to się mówi: na pamiątkę.

Jednym z nich był C. van der Marel, który w latach 1946–1947 odwiedził Polskę jako członek Misji Holenderskiej. Na zdjęciach zrobionych w czerwcu 1946 roku uwiecznił przede wszystkim zniszczenia zabudowy miasta. Dwa ujęcia pokazują plakaty propagandowe, zachęcające do głosowania w referendum 3 razy tak. W 1989 r. van der Marel przekazał album ze swoimi zdjęciami Polsce jako swój wkład do obchodów 50-tej rocznicy wybuchu drugiej wojny światowej. Spośród 29 znajdujących się w nim fotografii w Warszawie zrobionych zostało dwadzieścia. Obecnie album przechowywany jest w Archiwum IPN.

Kolejną kolekcję amatorskich zdjęć Warszawy stworzył Anton Roy Ganz. Od grudnia 1945 do 1948 roku pełnił on funkcję ambasadora Szwajcarii w Polsce. Jego zdjęcia zostały odnalezione przypadkowo przez rodzinę i przekazane do Archiwum Muzeum Polskiego w Raperswilu, gdzie obecnie są przechowywane. Ogółem w kolekcji znajduje się 98 odbitek, z czego Warszawy dotyczy 95. Fotografie naklejone są na karty, a niektóre zostały odręcznie opisane. Niestety brakuje dodatkowych materiałów wyjaśniających okoliczności ich powstania. Z tego względu nie ma stuprocentowej pewności, że to właśnie Ganz jest autorem wszystkich zdjęć. Na pewno nie zrobił ujęć, na których sam jest przedstawiony. Jednak osobisty ton opisów sugeruje, że mógł wykonać pozostałe.

Pomnik Mikołaja Kopernika na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie, na tle Pałacu Zamoyskich. Fot. Anton Roy Ganz, Muzeum Polskie w Rapperswilu

Większość fotografii z kolekcji Ganza pokazuje zniszczenia wojenne, jednak najciekawsze są te, na których widać życie mieszkańców: targowiska, handlarzy, ruch uliczny, zabawę dzieci, chłopców sprzedających gazety. Jedno ze zdjęć przedstawia uliczne atelier fotograficzne. Scena różni się jednak od podobnych ujęć wykonanych przez wcześniej wymienionych autorów. Inna jest lokalizacja, ekran z tłem przedstawia wnętrze nie krajobraz, a fotografem jest kobieta.

Uliczni sprzedawcy gazet, Warszawa. Fot. Anton Roy Ganz, Muzeum Polskie w Rapperswilu

Henry Nichols Cobb, student architektury na Harwardzie, przejechał do Polski w 1947 w ramach 18 World Sudytour, czyli podróży edukacyjnej do Anglii, Czechosłowacji i Polski. Jej uczestnicy mieli zapoznać się z planami odbudowy miast zniszczonych w czasie wojny. W Polsce Cobb wykonał około 100 kolorowych diapozytywów na filmie Kodachrome 35 mm. Przez dziesięciolecia pozostawały one nieznane dopiero niedawno pokazał je na wystawie i w towarzyszącym jej katalogu Dom Spotkań z Historią[26].

W Warszawie Cobb przebywał od 28 do 30 sierpnia oraz od 9 do 11 września[27]. Jego zdjęcia pokazują przede wszystkim zniszczenia zabudowy miejskiej, co wynikało zapewne z zainteresowań autora i celu jego wizyty. Jednak, jak powiedział w wywiadzie w udzielonym z okazji otwarcia wystawy[28], to nie mury zrobiły na nim największe wrażenie, lecz ludzie i ich optymizm. Poznał i mógł obserwować pracę architektów i urbanistów z Biura Odbudowy Stolicy. To właśnie oni najsilniej zapisali się w jego pamięci.

Swoje przeżycia relacjonował na bieżąco w listach do rodziców, a wiele lat później wspominał:

To właśnie wizyta w Polsce była dla mnie niezwykle ważna. Była tak ważna, że mimo iż sama wizyta edukacyjna w swoim programie przewidywała, że z Warszawy udajemy się do państw skandynawskich, podjąłem decyzję przerwania wyjazdu i pozostania przez kilka dodatkowych dni właśnie w Warszawie. Wyzwoliło to we mnie ogromną pasję i energię. Nie mówię tu o zniszczeniach, które zobaczyłem w mieście, ale o tej niezwykłej pasji, która cechowała pracę w Biurze Odbudowy Stolicy (BOS). To właśnie były te dni, kiedy powstały fotografie, które można zobaczyć na wystawie. Był w tym pewien kontrast – były to piękne wrześniowe dni, niebieskie niebo i te ruiny zniszczonego miasta. To właśnie ukształtowało moje spojrzenie na świat, a także moją pracę jako architekta. Było to doświadczenie, które mnie przeobraziło i wzmocniło to, o czym marzyłem, co tkwiło we mnie wcześniej, czyli wiarę, że potrafimy na nowo stworzyć świat. Patrząc na pracę, jaką wykonywano w Warszawie, utwierdziłem się w przekonaniu, że to jest szansa, żeby ten świat na nowo stworzyć[29].

Wymienieni wyżej fotografowie przyjechali do Warszawy z różnych powodów. Warto się zastanowić, czy ich odmienne motywacje wpłynęły na tematykę i formę zdjęć. Co sprawiało, że uwiecznili takie, a nie inne sceny? Na pierwszy rzut oka wiele ujęć jest do siebie bardzo podobnych. Dotyczy to przede wszystkim obrazów zrujnowanej architektury. Często trudno znaleźć indywidualne cechy w obrazach gruzów. Jeśli jednak porównamy kolekcje fotografii poszczególnych twórców, zauważymy ich odmienność.

Dla profesjonalnych fotografów podstawowym czynnikiem kształtującym ich pracę było zlecenie pracodawcy. Jednak zakres swobody, którym dysponowali poszczególni twórcy był różny. Vachon i Bryan zostali zatrudnieni, żeby udokumentować działalność UNRRA, przede wszystkim dystrybucję dóbr dostarczanych przez tę organizację. Był to cel wyraźnie propagandowy. Zdjęcia miały pokazać, że UNRRA prawidłowo realizuje wyznaczone zadania. Fotograficzne dokumentowanie działań różnych instytucji stawało się powoli standardem: było formą autopromocji oraz służyło sprawozdawczości. Czasami dochodziły do tego także ambicje o szerszym charakterze. Z fotografią wiązano bowiem nadzieję na zmianę społeczną. Jest to szczególnie widoczne w amerykańskiej tradycji dokumentalnej, ukształtowanej przez takich twórców jak Jacob Riis i Lewis Hine oraz fotografów FSA, w tym także Vachona.

W przypadku UNRRA istotny wpływ miał jeszcze inny czynnik – kontrowersje, jakie wystąpiły wokół działalności tej organizacji. W prasie amerykańskiej pojawiały się doniesienia o nieprawidłowościach w rozprowadzaniu pomocy. Przykładem może być artykuł Poland Abuses UNRRA, który ukazał się w numerze „LIFE” z 16 grudnia 1946 r., ilustrowany zdjęciem chłopca sprzedającego na ulicy amerykańskie papierosy. Fotografie dostarczone przez UNRRA miały być środkiem obrony wizerunku organizacji.

Wykonywanie zleceń pracodawców nie wypełniało całej aktywności fotografów. Jednocześnie realizowali oni własne zamierzenia twórcze. Podstawowym zadaniem Vachona w Polsce było dokumentowanie działalności UNRRA i jej wkładu w odbudowę zniszczonego wojną kraju. W praktyce oznaczało to, że powinien fotografować pracowników tej organizacji i dostarczane przez nią towary, urządzenia, żywność. Było to źródłem pewnych napięć, bowiem Vachon chciał pracować według tej samej metody, co wcześniej w Ameryce. W liście do żony z 30 stycznia 1946 roku pisał:

Leżę i myślę, jaki byłem szczęśliwy w czasie moich różnych fotograficznych prac dla Roya[30], naprawdę tęsknie za tymi starymi dobrymi czasami – ten luty i marzec 42 w Dakocie i Montanie to moje najbardziej szczęśliwe wspomnienia. […] Ostatnio dużo myślałem o Royu. Po pierwsze, zrozumiałem jak cholernie dużo dla mnie znaczył – był jak ojciec. W domu myślałem o tym mało albo pobieżnie, ale to prawda. W zasadzie kocham tego faceta. Poza tym zrozumiałem, że w sposób, jakiego mnie nauczono, mogę pracować dobrze, tylko pracując dla niego. Mogę spełniać wymagania tej lub innej pracy, ale żeby czerpać z niej satysfakcję, muszę pracować dla Roya. […]

Od kiedy do ciebie  ostatnio pisałem zrobiłem trochę zdjęć Warszawy, i trochę głupkowatego personelu UNRRA w studio radiowym. Ale tak naprawdę nie zacząłem jeszcze na dobre pracować. To znaczy nie pracuję jeszcze nad niczym konkretnym, do nikąd nie podążam. Zaskakuje mnie to, jaki jestem dobry, to znaczy sprawny – no wiesz. Bez problemu daję UNRRA wszystko czego chcą lub o co poproszą. Problem w tym, że nikt nie chce czegoś więcej. Ale nie martw się – zamierzam wziąć się do roboty i dać im mnóstwo zdjęć, o których nie wiedzieli, że je chcą[31].

W rezultacie Vachon pracował dwutorowo – część zdjęć robił dla UNRRA, część dla siebie. W ten sposób mógł realizować własne zamierzenia twórcze. Niektóre fotografie z Polski są podobne do jego wcześniejszych amerykańskich zdjęć, a w każdym razie powtarzają te same motywy. Na przykład ujęcie niewidomej kobiety zrobione w 1946 r. w Polsce, jest nawiązaniem do obrazów ślepego żebraka z Waszyngtonu z 1937 r. i niewidomej żebraczki z Omaha w Nebrasce z 1938 r., a jednocześnie odwołaniem do ikonicznego dla amerykańskiej fotografii dokumentalnej portretu ślepej kobiety Paula Stranda z 1916 r.

Podobną strategię przyjął Julien Bryan, choć u niego praca na zamówienie nie powodowała wyraźnych napięć. Prawdopodobnie wynikało to z jego dużego doświadczenia. Bryan już od lat dwudziestych działał jako niezależny filmowiec i fotograf, a jednocześnie realizował zlecenia różnych instytucji i mediów. Potrafił bez większych problemów pogodzić te dwie sfery aktywności. Wśród jego zdjęć z 1946 roku znajdziemy zarówno dokumentację działań UNRRA, jak i innych tematów, które go interesowały.

Pokój mieszkalny w Warszawie, 1946 r. Fot. Julien Bryan, USHMM, za zgodą. Sama Bryana

Dla Bryana kamera była narzędziem zmieniania świata na lepsze. W 1945 roku założył w fundację International Film Foundation, która za cel miała: propagowanie lepszego zrozumienia między ludźmi […], pokazywanie i przybliżanie innych narodów i ludzi Amerykanom i Amerykanów innym[32]. Bryan pozostawał pod tym względem w zgodzie z amerykańską tradycją dokumentalną, choć wydaje się, że jego poglądy kształtowały się niejako równolegle do niej. Wyrastały z doświadczeń i przemyśleń z okresu pierwszej wojny światowej, gdy jako ochotnik kierował furgonetką medyczną na froncie pod Verdun.

W twórczości Bryana można wyróżnić kilka tematów, na które zwracał uwagę wszędzie, gdziekolwiek pojechał z kamerą. Najważniejsze to: los dzieci, szkoły, sierocińce, religia, kultura (zwłaszcza teatr i taniec), nauka, warunki życia i po prostu ludzie. Motywy te były dla niego nie tyle źródłem atrakcyjnych obrazów, ile swoistym papierkiem lakmusowym stanu społeczeństwa.

Fotografie, które Bryan zrobił w Warszawie w 1946 roku korespondują z tym, co pisał o żywotności polskiego społeczeństwa. Drobni handlarze, woźnice, uliczni fotografowie, ludzie na ulicach i w kościołach stanowią dowód odradzającego się życia. Zwraca uwagę duża liczba portretów, i to nie osobistości życia kulturalnego i społecznego, ale zwykłych Kowalskich.

Czynnikiem, który niewątpliwie wpływał na wybór tematów przez fotografów były napięcia w stosunkach wschód-zachód. Zima wojna dopiero się zaczynała, ale związany z nią zespół wyobrażeń, stereotypów i obaw już upowszechniał się w świadomości zachodnich społeczeństw. Realna wydawała się groźba wybuchu trzeciej wojny światowej. Na Zachodzie zastanawiano się, jak wygląda teraz życie za żelazną kurtyną, na ile sytuacja w krajach, które się za nią znalazły przypomina rzeczywistość sowiecką. W prasie amerykańskiej pojawiało się coraz więcej relacji o zniewoleniu tych państw. Fotografowie odwiedzający Polskę szukali potwierdzenia lub zaprzeczenia takich doniesień. Interpretacja tego, co zobaczyli, nie była jednak łatwa. Bryan tak charakteryzuje swoje ówczesne nastawienie:

Tak wiele czytaliśmy w prasie o tym, jak Polska została całkowicie przejęta przez Rosjan, że chcieliśmy się przekonać, ile z tego jest prawdą? Na ile Warszawa przypomina Moskwę? Czy gospodarstwa rolne zostały skolektywizowane? Czy nadal będą tam jakieś prywatne przedsiębiorstwa, na przykład sklepy? […]

Dodam do tego historie, które słyszeliśmy przed przyjazdem: kontrola prasy, zamknięte kościoły, terror, znikoma liczba wpuszczonych do kraju obcokrajowców, wszędzie tysiące Rosjan – żołnierzy i cywil, opowieści Larrego Allena z „New York Times” o bandach, brak kontaktu ze światem zewnętrznym, rozstrzelanie wszystkich arystokratów, żadnych bogatych ludzi, nieliczni Amerykanie, którym w Polsce nie pozwala się nic zobaczyć, zakaz podróżowania[33].

Warunki, które zobaczył w Polsce, odbiegały od takich wyobrażeń. Duża część zdjęć Bryana z Warszawy jest właściwie jakby ich weryfikacją. Fotografie handlarzy i prowizorycznych sklepów pokazują, że w Polsce istnieje prywatna przedsiębiorczość. Ujęcia ludzi wchodzących do kościołów mają świadczyć, że religia nie jest prześladowana. Takich zestawień zdjęć ze stereotypowymi sądami zachodniej prasy na temat Polski dałoby się wskazać więcej. Wszystkie one prowadzą do jednego wniosku – Polska nie została jeszcze skomunizowana i poddana całkowitej kontroli Rosji.

Podobne doświadczenia miał Vachon. W liście do żony z 10 stycznia 1946 roku pisał:

Moje pierwsze wrażenia są takie, że Brytyjczycy, zarówno zagranicą, jak i w Polsce, rozpowszechniają wrogą kłamliwa propagandę, a większość rzeczy, o których mówią, wcale nie ma tu miejsca. Mówią, że co noc są strzelaniny. Wyjaśnię ci to, gdy wrócę. Anglicy to banda cholernych samolubnych kłamców i obrońców swego wąskiego interesu, a Polska ma dobry rząd, to świetni ludzie, i odkąd tu jestem widziałem nie więcej niż pół tuzina rosyjskich żołnierzy. Rosyjscy żołnierze w mieście i pomysł rosyjskiej okupacji Polski to najgorszy rodzaj kłamstwa – ale właśnie to słyszałem w Londynie[34].

Jak widać ani Bryan, ani Vachon, nie mieli zbyt dobrego rozeznania w sytuacji politycznej. Starali się zachować niezależność od wpływów propagandy i wierzyć tylko w świadectwo swoich oczu, ale ta postawa, choć zrozumiała u fotografów, nie zawsze pozwala na odkrycie mechanizmów kryjących się pod powierzchnią zdarzeń.

Powojenna Warszawa budziła zainteresowanie nie tylko zagranicznych fotografów. Jej ruiny i odbudowę fotografowali oczywiście także liczni Polacy: zawodowi fotograficy i amatorzy. Warto zastanowić się, jak mają się do siebie dokonania twórców rodzimych i obcych: czy fotografie Warszawy wykonane przez obcokrajowców różnią się w jakiś znaczący sposób, od tych, których autorami byli Polacy, oraz czy obie te grupy jakoś na siebie wzajemnie wpływały.

Po wkroczeniu do miasta I Armii Wojska Polskiego jego wygląd utrwalili fotografowie „Czołówki” filmowej Wojska Polskiego. Zaraz za nimi pojawili się cywile. Jednym z pierwszych był Leonard Sempoliński, który do Warszawy wrócił już 18 stycznia i niemal od razu zaczął ją fotografować. Nie był jedyny, choć grupa tych, którzy udokumentowali wygląd stolicy w latach 1945-1948 nie jest bardzo duża. Byli to: Jerzy Baranowski, Jan Bułhak, Zofia Chomętowska, Maria Chrząszczowa, Stanisław Dąbrowiecki, Stefan Deptuszewski, Edward Falkowski, Władysław Forbert, Alfred Funkiewicz, Leonard Jabrzemski, Aleksander Leszczyński, Stefan Rassalski, Janusz Sipayłło, Karol Szczeciński, Jerzy .Szymborski, Stanisław Urbanowicz. W tym gronie byli zarówno amatorzy, jak i zawodowi fotografowie. Ramy organizacyjne dla działalności niektórych fotografów tworzyły instytucje państwowe. Oprócz wspomnianej już „Czołówki” były to agencje fotograficzne Foto SAP (Socjalistyczna Agencja Prasowa), Foto API (Agencja Prasowo-Informacyjna), Biuro Odbudowy Stolicy.

Poszczególni twórcy w zróżnicowany sposób podchodzili do tematu. Znajdziemy wśród nich takich, którzy koncentrowali się na rejestracji wyglądu zniszczonego miasta, podczas gdy inni eksponowali przejawy odradzającego się życia. Być może w porównaniu do zdjęć gości z zagranicy, u Polaków więcej jest obrazów zniszczeń. Wytłumaczeniem mogą być słowa Leonarda Sempolińskiego z albumu Warszawa 1945 wydanego w 1975 r. We włączonym do niego krótkim tekście zatytułowanym Dlaczego fotografowałem Warszawę autor wyjaśniał: Fotografowałem jakby w obawie, że wkrótce ten straszny, niepowtarzalny obraz zaginie i zbyt szybko zatrze się w pamięci. Starałem się zachować w fotografii jak najwięcej fragmentów ulic i grożących zawaleniem domów, w przekonaniu, że fotografie te kiedyś mogą stać się jedynymi dokumentami ich istnienia[35].

Inna spraw, że tylko stosunkowo nieliczne zdjęcia polskich fotografów zostały upowszechnione[36]. Większość trafiło do archiwów autorów lub instytucji dla których pracowali, choć oczywiście pewna ich liczba została opublikowana w prasie i wydawnictwach albumowych. Na tym tle duże znaczenie miały wystawy. W maju 1945 roku w Muzeum Narodowym pokazano ekspozycję Warszawa oskarża, przygotowaną przez Zofię Chomętowską, Edwarda Falkowskiego i Alfreda Funkiewicza. W sierpniu tego roku w Grodzisku Mazowieckim zorganizowano wystawę zdjęć Stefana Deptuszewskiego Warszawa w ruinie, a w 1946 Muzeum Narodowe pokazało ekspozycję zdjęć Jana Bułhaka zatytułowaną Ruiny Warszawy.

Brak jednak wskazań, że zagraniczni goście widzieli te wystawy i znali dorobek polskich fotografów i że się nim w jakimkolwiek stopniu inspirowali. Nie udało się odnaleźć, żadnych świadectw, które by o tym świadczyły. Wydaje się, że zdjęcia rodzimych twórców miały znikomy albo żaden wpływ na przybyszy z zagranicy. Zrobione przez nich fotografie są wynikiem ich zderzenia z zastaną rzeczywistością i osobistego spotkania z Warszawą.

Rysunek T. Kulisiewicza „Warszawa 1945. Plac Teatralny”, „Odrodzenie” nr 56-57, 23-30 grudnia 1945 r.

Być może najlepiej ten wpływ stolicy na twórców oddał Juliusz Starzyński w recenzji cyklu rysunków Tadeusza Kulisiewicz zamieszczonej w 1947 roku w „Odrodzeniu”:

Jeślibym teraz miał najogólniej określić wartość „Warszawy 1945” jako dokumentacji czasu przez nas przeżywanego – to nie stopniem wartości w przedstawieniu rzeczywistego obrazu ruin Warszawy bym ją mierzył, lecz tylko tą najgłębszą wiernością naszego do nich stosunku. Kulisiewicz pierwszy dostrzegł i całą mocą swego artyzmu wyraził to, co odczuwamy wszyscy, aczkolwiek może boimy się fakt ten dopuścić do świadomości, cóż dopiero wypowiedzieć!

Dzisiejsza Warszawa w ruinach jest piękna!

I nie upatrujemy tego piękna koniecznie w przenośnym, moralnym lub socjalnym znaczeniu. Warszawa jest piękna po prostu. Doznajemy jej piękna czasami w kategoriach podobnych do estetycznego oddziaływania tworów natury, czasami znów odbieramy jak dzieło sztuki, najpewniej zaś w obydwu zakresach jednocześnie – wprost zmysłowo, po zwierzęcemu.

Każdy, kto znalazł się w tej najdziwniejszej ze stolic świata, tętniącej życiem zorganizowanym wśród ruin, musiał tego samego doznawać chociażby przez chwilę – czy to nocą w dżdżysta szarugę, czy w mgłach gęstych i snujących się…

Jest to piękno najbardziej autentyczne, jedyne. Piękno nietrwałe, którego przeznaczeniem jest jak najszybciej przeminąć, bo tak każe wola i postanowienie narodu[37].

Tekst został przygotowany na konferencję „Warszawska jesień archiwalna. Warszawa ma wiele twarzy”, gdzie 20.11.2014 r. została zaprezentowana jego skrócona wersja. Niniejsza wersja została uzupełniona o dodatkowy przypis.


[1] Peter Richard Gunton Hopkinson (1920–2007) – brytyjski filmowiec, operator i reżyser filmów dokumentalnych. W czasie II wojny światowej służył jako wojskowy reporter wojenny. W latach 1946-1947 pracował jako filmowiec dla UNRRA. Był w Polsce razem z Julienem Bryanem. Autor książek Split Focus; an Involvement in Two Decades i Screen of Change.

[2] John Philips, It happened in our lifetime. A memoir in words and Pictures, London 1985, s. 180.

[3] John Philips, Free spirit in a troubled world, Zurich-Berlin-New York 1996, s. 390.

[4] John Philips, Odd World., a photo-reporter’s story, New York 1959, s. 185.

[5] „Boonville Herald”, 2.01.1987.

[6] Por.: “The Bend Bulletin”, 15.04.1946 r.

[7] Poland, 1946. The photographs and Letters of John Vachon, edited by Ann Vachon, Washington and London 1995, s. 4-5.

[8] Ibidem, s. 9-10.

[9] Ibidem, s. 7.

[10] Wystawa John Vachon. Trzy razy Polska pokazywana była w Domu Spotkań z Historią w Warszawie od 16.05.2014 do 19.10.2014. Kuratorem ekspozycji była M. Kapa-Cichocka, projekt plastyczny przygotował A. Orlewicz.

[11] Oblężenie Warszawy w fotografiach Juliena Bryana, red. J. Sawicki i T. Stempowski, Warszawa 2009; Kolory wojny. Oblężenie Warszawy w barwnej fotografii Juliena Bryana, red. A. Janiszewska, Warszawa 2010.

[12] Korespondent Bryan, rez. E. Starky, Polska, UAS, 2010.

[13] Wystawa Amerykanin w Warszawie. Stolica w obiektywie Juliena Bryana 1936–1974 pokazywana była od

19.11.2010 do. 13.03.2011. Kuratorami wystawy byli M. Kapa-Cichocka, J. Sawicki, T Stempowski, projekt plastyczny przygotował A. Orlewicz.

[14] J. Bryan, Russian Winter, kopia cyfrowa maszynopisu w Archiwum IPN.

[15] Ibidem.

[16] Chodzi o Thomasa S. Cobba, współpracownika Bryana.

[17] J. Bryan, Russian Winter, kopia cyfrowa maszynopisu w Archiwum IPN.

[18] Ibidem.

[19] Ibidem.

[20] Ibidem.

[21] D. Seymour, Children of Europe, Paris 1949,  Album dostępny pod adresem: http://unesdoc.unesco.org/images/0013/001332/133216eb.pdf (dostęp 24.09.2014).

[22] The Children of Europe. A Unesco Photo story, „UNESCO Courier“ Vol. II No. 1, Fabruary 1949. Dostepne pod adresem http://unesdoc.unesco.org/images/0007/000739/073912eo.pdf (dostęp 24.09.2014).

[23] Children of Europe, “Life”, Vol. 25 No. 26, 27.09.1948 r.

[24] D. Seymour, Somewhere In Europe. A Photographer Highlights The Drama of Post-War Youngsters, Ibidem, s. 6.

[25] W 2017 r. Patryk Grażewicz i Aneta Wawrzyńczak ustalili tożsamość dziewczynki. Była nią Teresa Adwentowska.  Historia ich śledztwa została opisana w dodatku do „Rzeczpospolitej” „Plus Minus” z 30.03.2017 r. w artykule Anety Wawrzyńczak „Tereska. Rozwiązujemy zagadkę słynnego zdjęcia”. Patrz: https://www.rp.pl/Plus-Minus/303309935-Tereska-Rozwiazujemy-zagadke-slynnego-zdjecia.html#ap-1

[26] Wystawa 1947 Barwy Ruin. Warszawa i Polska w odbudowie na zdjęciach Henry’ego N. Cobba pokazywana była w Domu Spotkań z Historią w Warszawie od 26.10.2012 do 28.07.2013. Kuratorami wystawy byli K. Jaszczyński i M. Sołtys.

[27] Henry H. Cobb w Warszawie 1947, „Krajobraz Warszawski” nr 136. grudzień 2012, http://www.architektura.um.warszawa.pl/sites/default/files/KW_136_S_0.pdf (dostęp 23.09.2014).

[28] Wywiad dostępny na stronie DSH pod adresem http://www.dsh.waw.pl/pl/3_1468 (dostęp 23.09.2014).

[29] Zapis spotkania z Henrym Cobbem, „Krajobraz Warszawski” nr 136. grudzień 2012, http://www.architektura.um.warszawa.pl/sites/default/files/KW_136_S_0.pdf (dostęp 23.09.2014).

[30] Chodzi o Roya Strykera, kierownika Wydziału Informacji Urzędu Ochrony Rolnictwa.

[31] Poland, 1946…, s. 21-23.

[32] Rohama Lee, He Visualized the Family of Man. Julien Bryan Lighted the Path to World Peace Through Understanding. (A Monograph in the American Archives of the Factual Film Series), The American Archives of the Factual Film, University Library, Iowa State University, Ames [1984?], s. 4.

[33] J. Bryan, Russian Winter, kopia cyfrowa maszynopisu w Archiwum IPN.

[34] Poland, 1946. The photographs and Letters of John Vachon, edited by Ann Vachon, Washington and London 1995, s. 9.

[35] L. Sempoliński, Dlaczego fotografowałem Warszawę, [w:] op. cit., s. 293.

[36] Wystawa zdjęć Sempolińskiego Warszawa 1945 miała miejsce w 1966 roku

[37] Juliusz Starzyński, Piękno dzisiejszej Warszawy w rysunkach Kulisiewicza, „Odrodzenie” 1947, nr 12 z dn. 30 marca, cyt za: L. Sempoliński, E. Borecka, Warszawa 1945, Warszawa 1985, s. 114.


Następny wpis

Najnowszy wpis

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.