Image Image Image Image Image Image Image Image Image Image
Przewiń do góry

Góra

Brak komentarzy

Anna Beata Bohdziewicz – książka i spotkanie

Anna Beata Bohdziewicz – książka i spotkanie

Tomasz Stempowski | On 09, Cze 2014

 

Właśnie ukazał się Fotodziennik Anny Beaty Bohdziewicz. A właściwie jego fragment, jeden tom z zamierzonego trzydziestodwutomowego, jak dotychczas, cyklu. Album 1989. Wszystko od nowa. Fotodziennik, czyli piosenka o końcu świata zawiera wybór zdjęć z tylko jednego roku i nie jest to pierwszy rok serii. Artystka postanowiła zacząć od czasu szczególnego, kiedy – jak to sugeruje tytuł – coś się skończyło, a coś zaczęło na nowo. Pretekstem do publikacji albumu była 25. rocznica wyborów czerwcowych 1989 roku i upadku komunizmu w Polsce. Znalazło się w nim 220 zdjęć i – co w tym przypadku szczególnie ważne – podpisów. Tekst i obraz wchodzą w różnorakie relacje i wzajemnie się wzbogacają. Trzeba je czytać uważnie. Zwłaszcza że oprócz krótkiego wprowadzenia w książce nie ma żadnych objaśnień ani przypisów, a zdjęcia skrywają więcej, niż może się wydawać w pierwszej chwili.

3 czerwca w Domu Spotkań z Historią w Warszawie odbyło się spotkanie z autorką. Jej rozmówcami byli teoretyk literatury i pisarz prof. Michał Głowiński, historyk dr Marcin Zaremba i krytyk sztuki Adam Mazur, a później także publiczność.

 

 

Anna Bohdziewicz krótko przedstawiła genezę swojego projektu i jego podstawowe założenia:

Fotodziennik powstał jako dzieło polityczne, w kontrze do propagandy stanu wojennego. W kontrze do tego, co się widziało w gazetach z bardzo określonymi podpisami. Ja, fotografując rok 81, który jest zawarty w tej książce, która nosi tytuł „Lekki powiew wolności” – właśnie on wtedy przeleciał tak przez nasz kraj – i jak wtedy zaczęłam fotografować dokumentalnie, nazwijmy to tak, to miałam takie poczucie, że same zdjęcia nie wystarczają. Coś mnie ciągle gnębiło, ale to się wszystko tak szybko działo, że nie było w ogóle czasu na refleksję ani żeby się zastanowić, tylko się fotografowało, i potem już był stan wojenny. Stan wojenny przyniósł taką refleksję i któregoś dnia takie olśnienie. Pamiętam, zobaczyłam u kolegi mojego, fotografa Mirka Makowskiego, zdjęcie wydrukowane z tą czarną ramką na większym papierze fotograficznym, i on tam coś napisał, chyba to był fragment z wiersza Eliota. I mnie olśniło, że ja mogłabym w ten sposób robić zdjęcia i dawać do tego podpisy. I tak powstał Fotodziennik, taki był zamysł.

Drugą ideą było to, że ja będę pokazywać głównie życie codzienne, bo po tym karnawale Solidarności wszystko zostało stłamszone i została nam taka przaśna, ponura, smutna rzeczywistość – że to jest istota systemu, właśnie te takie puste półki albo cokolwiek na półkach, połamane chodniki i tak dalej. Ale też, że to nie jest całe moje życie, bo jest też życie prywatne. […] I tu są na przykład koty przemieszane z Lechem Wałęsą siedzącym przy okrągłym stole.

Sama pamiętam, jak ja robiłam wystawy, jeszcze jak należałam do Związku Fotografików, to tacy starsi panowie mówili: co nas obchodzi jej kot. A tymczasem to był taki kot, jeden z moich kotów, który w zimę stulecia […] wchodził sobie i przytulał się do czajnika, kiedy już nie stał na ogniu, ale był jeszcze bardzo ciepły. I ten kot po prostu się grzał czajnikiem. Ja to sfotografowałam i podpisałam jakoś tak właśnie. Ale właśnie niektórzy mówili, co nas obchodzi jej kot, a tymczasem, ja przez tego kota pokazywałam jakby sytuację grzejną, cieplną w stolicy. I taki jest właśnie sposób myślenia Fotodziennika: poprzez jakieś szczegóły, czasami nawet z życia prywatnego, poprzez mój podpis i jeszcze tą sferę trzecią, która się wytwarza między zdjęciem a podpisem…

Profesor Głowiński zwrócił uwagę, że dziennik jest jedną z najbardziej wartościowych form literatury uprawianych w PRL-u. W wielu przypadkach był pisany do szuflady i nie podlegał cenzurze. Charakterystyczną cecha tego gatunku jest to, że można w nim przeplatać rzeczy ważne z drobnostkami. To swoisty przywilej dziennika. Bohdziewicz z niego skorzystała i dzięki temu stworzyła interesującą wizję 1989 roku. Profesor Głowiński stwierdził, że wielką zaletą dzieła fotografki jest to, że przybrało ono formę właśnie dziennika, a nie kroniki: Gdyby to była kronika, to każdemu zdjęciu przypisane zostałoby jakieś dodatkowe znaczenie, które czasem byłoby niepotrzebne. W kronice pisze się o rzeczach ważnych, natomiast w dzienniku pisze się i o rzeczach ważnych, i nieważnych, i mądrych, i niemądrych, i ciekawych, i nieciekawych.

 

 

Profesor zwrócił uwagę na zdjęcie kobiety niosącej dywan. Według niego w kronice nie byłoby na nie miejsca. Fotografia ta stała się punktem wyjścia do dalszej dyskusji. Okazało się, że jej prosta na pierwszy rzut oka treść jest w rzeczywistości bardziej złożona. Zwykła scena skrywa drugie dno; jest trochę jak świat widziany w kropli wody. Profesor Głowiński sądził, że na zdjęciu uwieczniona została kobieta idąca wytrzepać dywan, a scena nie pokazuje niczego ważnego, nie mówi niczego o ustroju ani o opozycji wobec ustroju, pokazuje natomiast codzienne drobiazgi. Inne zdanie wyraził Marcin Zaremba. Według niego ta fotografia mówi bardzo wiele o ustroju. Przede wszystkim pokazana na niej kobieta idzie nie wytrzepać stary dywan, ale niesie do domu dywan, który właśnie udało jej się kupić. A to: Mówi nam, że coś rzucono, zdobyła, dostała, zachachmęciła, udało się, wystała w kolejce. Jest biedna, ponieważ nie może zamówić taksówki. Zresztą tych taksówek towarowych nie ma. Musi sama nieść ten dywan. Być może mówi to też o samotności kobiety… Anna Bohdziewicz potwierdziła, że kobieta niosła nowy, dopiero co kupiony dywan. Fotografię zrobiła na Marszałkowskiej w Warszawie. Podpisała je: Sama z dywanem. Według niej to zdjęcie ma charakter feministyczny. Poruszył ją los kobiety dźwigającej ciężki dywan, dlatego uwieczniła tę scenę.

Kolejną kwestią, na którą zwrócono uwagę, jest napięcie na linii dokument – sztuka. Marcin Zaremba podkreślił znaczenie zdjęć Bohdziewicz jako rejestracji dokumentalnej pewnej rzeczywistości, która inaczej odeszłaby w niepamięć. Nie chodzi nawet o konkretne wydarzenia, ale wygląd rzeczy: przedmiotów codziennego użytku, odzieży, ulic itp. Żaden tekst pisany nie przekaże tego tak wiernie jak zdjęcia. Jednocześnie fotografie Bohdziewicz są swoistym dziennikiem emocjonalnym, z tym, że pokazują uczucia nie tylko autorki, ale także sfotografowanych ludzi. To swoisty materiał źródłowy dla społecznej historii emocji.

Adam Mazur zaznaczył, że oprócz tych dokumentacyjnych walorów Fotodziennik jest przede wszystkim dziełem artystycznym, stworzonym przez artystkę bardzo świadomą formy, którą się posługuje. Jej zdjęcia są bardzo bezpośrednie, pozbawione „momentu koturnowego” i przez to bliskie sztuce współczesnej. Bohdziewicz wyjaśniła, że gdy rozpoczynała cykl Fotodziennika, chciała fotografować rzeczywistość PRL-u po amerykańsku, fotografią wprost. Nie starała się zrobić dobrego zdjęcia, w sensie uchwycenia jakiegoś decydującego momentu, jak Cartier-Bresson. Chciała, żeby jej zdjęcia były w pewnym sensie przezroczyste i po prostu pokazywały interesujący ją moment.

Fotodziennik powstaje jako rejestracja teraźniejszości, ale kontynuowany jest już wiele lat i stał się obecnie zapisem historii. To prowokuje do porównań zdjęć starych z współczesnymi. Niektóre wnioski mogą być zaskakujące. Anna Bohdziewicz zwróciła uwagę na kwestie wolności. W 1989 roku ją odzyskaliśmy, ale nie jest to takie oczywiste. Niektóre zdjęcia zrobione wtedy dzisiaj byłyby trudne do wykonania. Na przykład fotografia basenów zebranych w jakimś pomieszczeniu w szpitalu. Dziś żaden szpital nie pozwoliłby tego sfotografować. Tak samo sklepy – w większości centrów handlowych nie wolno fotografować. Kiedyś na wielu budynkach uznanych za ważne dla obronności kraju wisiały tabliczki z zakazem fotografowania. Dziś może takich oznaczeń jest mniej, ale w wielu miejscach trudniej robić zdjęcia.

Fotodziennik, jak każdy dziennik, jest dziełem osobistym, zapisem zrobionym po to, żeby nie zapomnieć. W takich prywatnych notatkach nie potrzeba rozbudowanych wyjaśnień. Patrzymy na obraz, czytamy kilka słów i wiemy, przypominamy sobie. Przecież to przeżyliśmy i możemy sobie przypomnieć. Nie tylko autor zdjęć czy notatek tak je odczytuje. Dotyczy to wszystkich, którzy mają podobne doświadczenia. W innej sytuacji są młodsi odbiorcy. Oni nie mogą odwołać się do pamięci. To nie jest ich przeszłość, a w każdym nie ich przeszłość biograficzna. Na nich obrazy i krótkie podpisy działają inaczej. Nie są pomocą dla pamięci, ale raczej artystyczną grą.

 

 

Jak różne mogą być interpretacje poszczególnych zdjęć pokazuje historia fotografii z kotem, o której wspomniała Bohdziewicz, i dyskusja wokół ujęcia pokazującego kobietę z dywanem. Te obrazy wymagają pewnego namysłu i odczytania. Pod powierzchnią ukazanych na nich zdarzeń skrywa się historia. Dlatego dla wielu czytelników objaśnienia i przypisy byłyby pożyteczne. Może ich miejsce jest nie przy samych zdjęciach, gdzie mogłyby zakłócić pierwotny stosunek obrazu do tekstu, ale w aneksie. W ten sposób czytelnik dostałby możliwość podwójnej lektury. Mógłby wybrać, jak chce obcować z tymi zdjęciami. Czy tak, jakby je sobie przypominał, czy raczej tak, jakby widział je po raz pierwszy.

Gdy ostatnio pisałem o fotografiach Bohdziewicz (tutaj), niełatwo było dotrzeć do jej zdjęć. Teraz sytuacja jest lepsza. Oprócz albumu 1989. Wszystko od nowa sięgnąć można do wydanego w zeszłym roku tomu Lekki powiew wolności 1981. Mimo to chcę zakończyć tymi samymi słowami: To zbyt mało. Po lekturze ma się ochotę zobaczyć więcej. Ujrzeć czas jej oczami.

 

Album 1989. Wszystko od nowa. Fotodziennik, czyli piosenka o końcu świata wydały Dom Spotkań z Historią i wydawnictwo Monoplan.

Spotkanie z Anną Beatą Bohdziewicz w Domu Spotkań z Historią w Warszawie odbyło się 3 czerwca 2014 roku w ramach festiwalu „Wyłącz System”.

 

autor: Tomasz Stempowski

 


Dodaj komentarz