Image Image Image Image Image Image Image Image Image Image
Przewiń do góry

Góra

Brak komentarzy

Wykład Jacka Leociaka „Fotograficzna dokumentacja Zagłady”

Wykład Jacka Leociaka „Fotograficzna dokumentacja Zagłady”

Tomasz Stempowski | On 23, Sty 2013

 

22 stycznia w Centrum Edukacyjnym IPN im. Janusza Kurtyki „Przystanek Historia” w Warszawie w cyklu Holokaust – sposoby przedstawiania (teksty – obrazy – muzea – topografia) prof. dr hab. Jacek Leociak wygłosił wykład Fotograficzna dokumentacja Zagłady – zdjęcia wykonywane oficjalnie i nieoficjalnie przez Niemców: perspektywa sprawców. Wykład jest pierwszym spotkaniem zaplanowanym w związku z przypadającym 27 stycznia Międzynarodowym Dniem Pamięci o Ofiarach Holokaustu.

Fotografie dokumentujące zagładę można podzielić, odwołując się do perspektywy zaproponowanej przez Raula Hilberga, na trzy odmienne kategorie: zdjęcia zrobione przez sprawców, świadków i ofiary. Tematem obecnego wykładu prof. Leociak uczynił fotografie sprawców. Dwie pozostałe grupy obiecał omówić w czasie następnego spotkania, zaplanowanego na luty.

W ramach fotografii zrobionych z perspektywy sprawców można wyróżnić dwie podgrupy: fotografie prywatne, czyli wykonane z własnej inicjatywy przez osoby działające na własny rachunek, i fotografie urzędowe. Te pierwsze zostały omówione na przykładzie zdjęć Willy’ego Georga, Heinricha Jösta i Joe J. Heydeckera. Każdy z nich inaczej patrzył na rzeczywistość getta.

Willy Georg był fotografem z zawodu, a w Wehrmachcie służył jako radiotelegrafista. Latem 1941 r. w Warszawie na prośbę dowódcy poszedł do getta ze swoją leicą, żeby zrobić tam zdjęcia. Udało mu się wypełnić cztery rolki filmu. Piątą wraz z aparatem skonfiskował mu patrol żandarmów. Spojrzenie Georga charakteryzuje się swoistą łagodnością i sympatią do fotografowanych ludzi. Potrafił on wzbudzić ich zaufanie. Mieszkańcy getta pozują mu bez strachu, rozluźnieni, często z uśmiechem.

Heinrich Jöst fotografował inaczej, jakby podglądał. Nie ma tu więzi między fotografowanym a fotografem, jest zimna obserwacja. Jego rolleiflex bezdusznie rejestruje tak portrety żywych, jak i ciała martwych.

Jeszcze inny jest przypadek Joe J. Heydeckera. Nie był on zwolennikiem nazizmu, a Polskę znał jeszcze sprzed wojny. Do getta wyprawiał się kilkakrotnie, kierowany, jak stwierdził później, „nieodpartym impulsem chorobliwej fascynacji”.

Fotografie, które można określić jako urzędowe, zostały omówione na przykładzie zdjęć wykonanych przez członków wojskowych kompani propagandowych oraz, przede wszystkim, fotografii z „Raportu Stroopa”. Profesor Leociak zwrócił szczególną uwagę na kilka obrazów z tego dokumentu. Zdjęcie przedstawiające Żydów wyciągniętych z bunkra, na którym wbrew intencjom fotografa dominującym motywem stała się obejmująca się para leżących na ziemi mężczyzny i kobiety.

Ujęcie przedstawiające chłopca z podniesionymi rękami na czele grupy Żydów prowadzonych przez uzbrojonych Niemców jest jedną z najbardziej znanych fotografii z okresu II wojny światowej. Profesor Leociak zwrócił uwagę, że jedną z przyczyn tego, że ujęcie to stało się ikoną Holokaustu, jest motyw zagrożonego dziecka. Zauważył przy tym, że chłopiec jest dobrze ubrany, zadbany, nie widać po nim głodu. Nie jest on przykładem cierpień dzieci zamkniętych w getcie, z których wiele umarło z głodu. Mimo to, a może dlatego, właśnie ten obraz stał się powszechnie rozpoznawalny. Być może – to już moja refleksja – zadziałał tu ten sam mechanizm, który twórcom reklam społecznych każe zatrudniać dobrze wyglądających dziecięcych modeli, a nie autentyczne dzieci, na których rzecz prowadzona jest akcja charytatywna. Ładne buzie wzbudzają większe współczucie i sympatię.

Trzecim zdjęciem, na które zwrócił uwagę Jacek Leociak, jest fotografia przedstawiająca Stroopa kierującego akcją, w otoczeniu oficerów i obstawy. To, co jest w nim interesujące, to jednak nie dowódca odpowiedzialny za stłumienie powstania, lecz widoczny w głębi odwrócony tyłem polski strażak. W getcie w czasie powstania przebywali polscy strażacy. Ich zadaniem nie było jednak gaszenie pożarów, lecz dbanie, by ogień nie przeniósł się na budynki jeszcze potrzebne Niemcom. Jednym ze strażaków był Leszek Grzywaczewski, który w getcie wykonał potajemnie z okna szpitala św. Zofii serię zdjęć Żydów prowadzonych na Umschlagplatz. Profesor Leociak powiedział, że lubi myśleć, choć nie ma na to żadnych dowodów czy nawet wskazówek, że ten odwrócony strażak to właśnie Grzywaczewski.

Osobisty ton przewijał się przez cały wykład prof. Leociaka. Nic dziwnego. Tematyką Holokaustu zajmuje się on od dawna. Współtworzy ekspozycję Muzeum Historii Żydów Polskich w Warszawie. Obrazy Zagłady towarzyszą mu więc od dłuższego czasu i stały się przedmiotem głębszej refleksji. Profesor Leociak zwrócił uwagę na moralny wymiar eksponowania tych obrazów. Czy można pokazywać ofiary poddane przemocy i poniżeniu na ścianach muzeum? Czy nie będzie to ich wtórna wiktymizacja? Zwrócił uwagę, że np. w Muzeum Holokaustu w Waszyngtonie ekspozycję otwiera duże zdjęcie przedstawiające żołnierza amerykańskiej żandarmerii wojskowej stojącego obok sterty ciał. A co, jeśli wśród tych ciał jest ktoś, kto zostanie rozpoznany przez rodzinę? Nie wiem, czy dziś faktycznie istnieje takie niebezpieczeństwo, ale o takich dylematach trzeba pamiętać, tworząc ekspozycję historyczną.

Kwestie poruszone przez prof. Leociaka są bardzo istotne. Na pewno pod ich wpływem pojawiają się kolejne pytania i wątpliwości. Przecież znaki zaprojektowane przez nazistów jako symbole poniżenia uległy pewnemu przewartościowaniu. Zdarza się na przykład, że więźniowie obozów na rocznicowe obchody sami wkładają pasiaki, żeby dać świadectwo. A nie tak dawno temu głośny był przypadek młodej wnuczki więźnia obozu koncentracyjnego, która wytatuowała sobie obozowy numer dziadka. Zwrócić także trzeba uwagę na kontekst historyczny, kulturowy i religijny. Obrazy cierpienia, a nawet poniżenia, niekoniecznie muszą być poniżające dla ofiar. W kręgu kultury chrześcijańskiej, w którym dominuje obraz ukrzyżowanego Zbawiciela, a kościoły pełne są scen cierpień świętych, można mówić wręcz o nobilitującym charakterze takich przedstawień. To jednak temat na osobne rozważania, z pewnością wymagające głębszego namysłu.

Osobisty, emocjonalny stosunek Jacka Leociaka do fotografii najlepiej pokazuje jego opowieść o zdjęciu, które zawsze ogląda, będąc w Muzeum Obozu Auschwitz-Birkenau. Fotografia pochodząca z albumu Lili Jacob, w którym znajdują się zdjęcia z przybycia i selekcji transportu węgierskich Żydów, pokazuje starszą kobietę idącą w kierunku komory gazowej. Profesor Leociak powiedział, że chciałby, żeby ta kobieta przestała tam iść. Ktoś z sali zauważył, że to znaczy, iż ekspozycja tej fotografii dobrze spełniła swoje zadanie.

 

autor: Tomasz Stempowski


Dodaj komentarz