Image Image Image Image Image Image Image Image Image Image
Przewiń do góry

Góra

Brak komentarzy

Skradzione twarze: „Wielki Terror 1937-1938”

Skradzione twarze: „Wielki Terror 1937-1938”

Tomasz Stempowski | On 20, Mar 2013

 

Wystawa Tomasza Kiznego „Wielki Terror 1937-1938” w Centrum Artystycznym Fabryka Trzciny w Warszawie oraz album pod tym samym tytułem składają się z trzech serii zdjęć. Dwie pierwsze powstały współcześnie. Tomasz Kizny sportretował na nich Rosjan, których bliscy zostali zabici w stalinowskich czystkach, oraz udokumentował miejsca egzekucji. Trzecia to zbiór portretów ofiar wykonanych przez NKWD.

 Jak opowiedzieć o tych zdjęciach? Czy wystarczą fachowe terminy, takie jak fotografia rejestracyjna lub sygnalityczna?

Weźmy definicję zaczerpniętą ze współczesnego podręcznika kryminalistyki: Fotografia rejestracyjna to sposoby i zasady fotografowania w celach rozpoznawczych przestępców i osób podejrzanych. Uzyskiwane w ten sposób zdjęcia sygnalityczne są podstawą tworzenia kartotek pozwalających identyfikować przestępców[1].

Przekonanie, że policja fotografuje przestępców, jest dość szeroko rozpowszechnione i zazwyczaj zgodne z rzeczywistością. Obrazy dostarczane przez prasę, media elektroniczne i kino zdają się je potwierdzać. Ale przecież nie jest to prawda w odniesieniu do ludzi zatrzymanych przez NKWD i w ogóle większości więźniów totalitarnych reżimów, czy to w nazistowskich Niemczech, czy w Kambodży Czerwonych Khmerów.

Fotografię jako jeden ze sposobów rejestracji i rozpoznawania przestępców wprowadził do opracowanego przez siebie w 1879 r. systemu identyfikacyjnego Alphonse Bertillon. Polegał on na zebraniu pięciu podstawowych pomiarów antropometrycznych (długość głowy, szerokość głowy, długość środkowego palca dłoni, długość lewej stopy, odległość od łokcia do końca środkowego palca) oraz wykonaniu zdjęć portretowych en face i z profilu. O ile uciążliwe pomiary zostały szybko zastąpione przez daktyloskopię, to z fotografii nie zrezygnowano.

Bertillon nie był pierwszy. Już od lat czterdziestych XIX wieku policja zatrudniała fotografów. West Midlands Police Museum posiada 23 ambrotypy wykonane w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych XIX wieku przedstawiające więźniów z Birmingham[2]. Zasługą Bertillona było stworzenie standardu, który się powszechnie przyjął i z różnymi zmianami stosowany jest do dziś.

Fotografie sygnalityczne wytworzone przez policje różnych krajów, nie tylko tych o ustroju totalitarnym, były eksponowane wielokrotnie; niektóre na wystawach specjalnie im poświęconych, inne jako część większych ekspozycji. Prezentacje te można podzielić na dwie grupy. W pierwszej akcent pada na masowość fotografii i co za tym idzie – wielką skalę represji, jakich doznało dane społeczeństwo. W drugiej nacisk położony jest na pojedyncze obrazy. O ile w pierwszym przypadku opisowi podlega raczej pewne zjawisko historyczne czy polityczne, w drugim uwaga skupia się na człowieku.

Ten pierwszy sposób jest w pewnym sensie złem koniecznym. Każda osoba – przynajmniej w założeniu i w miarę możliwości – zostaje pokazana, ale jednocześnie staje się tylko małym elementem większej całości. Jest, ale ginie w masie jej podobnych. Alternatywą byłaby jakaś selekcja i pokazanie tylko niektórych obrazów. Ale na jakich kryteriach oprzeć wybór?

Kizny nie ograniczył się do zreprodukowania zdjęć wyjętych z akt w ich oryginalnej formie. Dokonał subtelnych, ale znaczących zmian. Na potrzeby rejestracji policyjnej wykonuje się zwykle nie jedno, lecz dwa lub trzy ujęcia: od przodu, z profilu i z nakryciem głowy. Kizny pokazał tylko fotografie zrobione en face. Wszystkie zostały powiększone do dużych rozmiarów, umieszczone w osobnych ramach i powieszone na ścianach sali wystawowej. (W albumie pojedynczy portret wypełnia całą stronę).

 

 

To najprostszy gest sprzeciwu wobec pierwotnej funkcji tych obrazów. Teraz nie są już małym fragmentem dokumentacji, ale samodzielnym bytem. Gdy oglądamy je na wystawie, nie patrzymy na nie z góry, jak urzędnik na akta sprawy rozłożone na biurku, ale na wprost, jak w twarz drugiego człowieka. A ludzie z tych zdjęć patrzą na nas.

Wyjęcie fotografii z policyjnych kartotek i akt przerwało ich bezpośredni, fizyczny związek z dokumentacją komunistycznego aparatu represji. W pewien sposób uwolniło je. Nie jest to jednak wyzwolenie całkowite. Takie jest niemożliwe, gdyż byłoby zaprzeczeniem historii. Przeszłość tych zdjęć jest zapisana nie tylko w dokumentach, ale także wewnątrz każdego kadru.

Najważniejsze, że zdjęcia zostały pokazane. Ich przeznaczeniem było zamknięcie w policyjnym archiwum, tak jak przeznaczeniem uwiecznionych na nich ludzi było zamknięcie w więzieniach i/lub śmierć. Dzięki wystawie ofiary odzyskały swoje twarze.

 

 

Co dziś nam one mówią? Tomasz Kizny widzi na nich: Przerażenie, rozpacz, rezygnację, czasem jakby zdziwienie czy niedowierzanie, rzadziej bunt i pogardę.

Krewni ofiar przez lata wracają do tych fotografii, szukając choćby najmniejszej wskazówki, jakiegoś klucza do zrozumienia, co czuli i przez co przeszli ich bliscy. Wpatrują się intensywnie w te zdjęcia, znajdując w nich element pocieszenia albo jeszcze większy ból. To jest przecież wydobyte z niebytu ostatnie spojrzenie ich najbliższych, którzy zniknęli bez śladu kilkadziesiąt lat wcześniej[3].

Można zapytać, po co w ogóle zrobiono te zdjęcia. Do czego były potrzebne, skoro ludzie na nich sportretowani mieli zostać w ciągu kilku dni zabici? Prawdopodobnie zrobiono je, bo takie były biurokratyczne procedury. Inna sprawa, czy były one racjonalne? Po co policji politycznej twarze martwych „wrogów”? Po co angażować środki na ich wykonanie? Mogłoby się wydawać, że wizerunki ludzi przeznaczonych na śmierć nie będą nikomu potrzebne. Koniec życia zamyka sprawę, akta można złożyć do archiwum. Naziści w obozach koncentracyjnych robili zdjęcia tylko tym, którzy mieli w nich być więzieni. Żydzi przeznaczeni do zagłady nie byli fotografowani. Sowiecka policja myślała inaczej. Ludzie byli zabijani, ale ich wizerunki miały pozostać w aktach.

To zachowywanie wizerunków zamordowanych „wrogów” może dziwić także dlatego, że w tym samym czasie w Związku Sowieckim z fotografii usuwano podobizny tych, których uznano za politycznych odstępców lub zdrajców. Ci „znikający komisarze” to jedna z cech charakterystycznych fotografii publikowanych w oficjalnych sowieckich wydawnictwach. Przepaść mieli nie tylko ludzie, ale i pamięć o nich. Zapewne NKWD nie brała pod uwagę możliwości, że kiedyś upadnie i jej władza.

Kizny zrobił coś jeszcze, by wyrwać ludzi ze zdjęć z mocy sowieckiej policji politycznej. Poszukał ich bliskich, sfotografował ich i oddał im głos, by mogli opowiedzieć swoją historię. Uwiecznił też na zdjęciach miejsca spoczynku ofiar wielkiego terroru, a właściwie to, co dziś z nich zostało. Grzebani potajemnie w zbiorowych mogiłach, których nikt nie ewidencjonował, mieli przepaść na zawsze. Do dziś wielu miejsc pochówku nie udało się odnaleźć.

Wystawa przygotowana przez Tomasza Kiznego opowiada o historii zbrodniczego ustroju i o ludziach, których zamordowano w jego imieniu. Ale nie tylko. Mówi też o pamięci i pokazuje, jak ją pielęgnować. Przesłanie wydaje się proste: pokazać twarze tych, którzy mieli zniknąć na zawsze.

Wernisaż wystawy odbył się 5 marca w Centrum Artystycznym Fabryka Trzciny w Warszawie. Będzie można ją oglądać do 28 marca. Organizatorami wystawy są Fundacja Opowiedz To – Picture This, Narodowe Centrum Kultury, Dom Spotkań z Historią, Fabryka Trzciny.

 

 

 

autor: Tomasz Stempowski

 


[1] Kryminalistyka, pod. red. Jana Widackiego, C.H. Beck, Warszawa 2002, str. 159-160.

[2] John Tagg, The Burden of Representation: Essays on Photographies and Histories, Minneapolis 2005, s. 74.

[3] 750 tysięcy strzałów w tył głowy, wywiad Beaty Maciejewskiej z Tomaszem Kiznym, „Gazeta Wyborcza” nr 52 z 2-3 marca 2013 r.


Dodaj komentarz