Image Image Image Image Image Image Image Image Image Image
Przewiń do góry

Góra

Brak komentarzy

Julien Bryan (1899–1974)

Julien Bryan (1899–1974)

Tomasz Stempowski | On 30, Lis 2012

 

Robert Capa, uznawany powszechnie za jednego z najwybitniejszych reporterów wojennych, powiedział kiedyś: „Jeżeli twoje zdjęcie nie jest wystarczająco dobre, to znaczy, że nie byłeś dostatecznie blisko”. Julien Bryan był dostatecznie blisko. We wrześniu 1939 r. był tutaj, w Warszawie, i to nie tylko jako bierny obserwator wydarzeń, ale także jako ich uczestnik. Do Warszawy sprowadziły go jego pasje: pasja do podróżowania, pasja do filmu i pasja do fotografii.

Urodzony w 1899 r. Julien Bryan swój pierwszy aparat dostał w wieku 10 lat. Fotografia stała się wtedy jego hobby. W wieku 17 lat, tuż po ukończeniu szkoły średniej, wyjechał do Francji, na front francusko-niemiecki, aby jako kierowca ambulansu wozić rannych z frontu do szpitali. Miał tam ze sobą swój aparat. Zebrane wówczas doświadczenia w dużym stopniu uformowały jego sposób patrzenia na wojnę. Opisał je w dzienniku opublikowanym pod tytułem Ambulance 464. Zamieścił w nim także fotografie.

Po powrocie do Stanów Zjednoczonych Julien Bryan skończył studia, a później pracował jako kierownik filii YMCA na Brooklynie w Nowym Jorku. Jednocześnie nadal zajmował sie swoim hobby: fotografowaniem i filmowaniem.

Te jego próby zostały dostrzeżone i z czasem zaczął otrzymywać zlecenia od takich potentatów jak kronika filmowa The March of Time. W latach trzydziestych zjeździł w zasadzie cały świat. Z przywiezionych materiałów montował filmy lub wykorzystywał je na swoich wykładach, na których opowiadał o życiu ludzi w różnych zakątkach świata.

Najgłośniejszym filmem z tego okresu zmontowanym z materiałów nakręconych przez Bryana był Inside Nazi Germany (Wewnątrz nazistowskich Niemiec). Był to jeden z pierwszych filmów odsłaniających złowrogie oblicze nazizmu. Nic więc dziwnego, że wywołał protesty niemieckiej dyplomacji.

Także w latach trzydziestych, właśnie po to, żeby zebrać materiały do swoich filmów i wykładów, Julien Bryan przyjechał do Polski. W 1936 r. odwiedził Gdynię, Warszawę, Kraków, Katowice, a także Zakopane i Łowicz. Plonem tej wizyty były bardzo interesujące zdjęcia.

Następna wizyta miała miejsce już w 1939 r. Decydując się na ten przyjazd, Julien Bryan wiedział, że wybuch wojny jest nieunikniony. Ukształtowały go jednak doświadczenia I wojny światowej i myślał, że nadchodzący konflikt będzie wyglądał podobnie – miną tygodnie, nim wojska niemieckie dotrą w głąb kraju, a jemu uda się zrobić kilka zdjęć zza linii frontu i bezpiecznie wrócić. Gdy 7 września przyjechał do Warszawy, rzeczywistość okazała się całkiem inna. Mógł się jeszcze wycofać, ale postanowił zostać. Był jedynym fotoreporterem w Warszawie – inni już wyjechali razem z rządem polskim i zagranicznymi dyplomatami – i czuł się zobowiązany do udokumentowania tego, co się dzieje w mieście, tego, jakie losy spotykają ludność cywilną.

Robienie zdjęć nie było jednak wówczas bezpieczne. Z jednej strony groziła śmierć od ostrzału niemieckiego, od bomb i pocisków artylerii, z drugiej strony miał do czynienia z nieufnością Polaków, którzy obcokrajowca, który robi zdjęcia, mogli łatwo uznać za szpiega. Udało mu się jednak dotrzeć do prezydenta Warszawy Stefana Starzyńskiego, który od razu zrozumiał, że dokumentacja zebrana przez Bryana może być ważna dla zachowania pamięci o tym, co się dzieje w stolicy. Przydzielił on Bryanowi samochód oraz dwóch ludzi do pomocy – kierowcę oraz oficera dla ochrony i jako przewodnika. Od tego czasu przez dwa tygodnie Bryan jeździł po Warszawie, dokumentując wszystko, co uznał za godne taśmy filmowej i fotograficznej.

Nie była to praca łatwa. Z jednej strony zagrożone było jego życie, z drugiej rodziła w nim ona pewne dylematy moralne. Bo czy można fotografować ludzi, którzy są w takiej sytuacji, czy można fotografować rannych i umierających? Zastanawiał się nad tym, ale przeważyła chęć dania świadectwa. Uznał, że musi to zarejestrować. Sam tłumaczył swoją decyzję tak : „Byłem w Warszawie, czy mi się to podobało, czy też nie, i sporządzałem filmową dokumentację historyczną tego, co dzieje się w czasie współczesnej wojny. Gdybym po powrocie do Ameryki opowiadał o tym tylko słowami, ludzie mogliby mi nie uwierzyć, ale każdy będzie musiał uwierzyć w moje zdjęcia”.

Z tego nałożonego na siebie obowiązku dania świadectwa Julien Bryan wywiązał się wzorowo. Jeszcze przebywając w oblężonej Warszawie, zaapelował na falach Polskiego Radia do prezydenta Roosevelta i narodu amerykańskiego o pomoc dla stolicy Polski oraz przedstawił sytuację, w jakiej znaleźli się i Polacy, i wszyscy obcokrajowcy.

Wkrótce nadarzyła się okazja, żeby wydostać się z miasta, i Julien Bryan 21 września wraz z grupą obcokrajowców wyjechał. Udało mu się zabrać ze sobą filmy, a nie było to łatwe przedsięwzięcie. Przede wszystkim Bryan mógł się obawiać tego, że jako autor filmu uważanego za antyniemiecki oraz autor apelu do prezydenta Roosevelta może być zatrzymany przez Niemców. I nawet gdyby udało mu się wydostać, to prawdopodobnie jego filmy zostałyby skonfiskowane. Na szczęście udało mu się wywieźć te materiały. Jeszcze w 1939 r. jego zdjęcia pojawiły się na łamach najważniejszych zachodnioeuropejskich i amerykańskich gazet, takich jak „Time”, „Life, „L’Illustration, „The War Illustrated”, „Look”. Mogli się z nimi zapoznać wszyscy ludzie na całym świecie.

Duże znaczenie miały także publikacje z następnego roku. Wydano wówczas album „Oblężenie”, w którym oprócz zdjęć ukazała się bardzo obszerna opowieść o pobycie Bryana w Warszawie. Niedługo potem na ekrany kin wszedł film pod tym samym tytułem. Szacuje się, że mogło go obejrzeć nawet 40 mln Amerykanów i 200 mln widzów na całym świecie. Można powiedzieć, że to właśnie obrazy Bryana ukształtowały poglądy Zachodu na wojnę polsko-niemiecką.

Zdjęcia Bryana wykorzystało także Polskie Ministerstwo Informacji, które zamieściło je w opublikowanej w 1940 r. książce The German invasion of Poland. Polish Black Book.

Co ciekawe, relacja Bryana z oblężenia Warszawy dotarła nawet do okupowanej przez nazistów Polski. Tłumaczenie jednego z jego reportaży ukazało się w konspiracyjnym piśmie „Polska żyje” z 13 lipca 1940 r.

Po wojnie pierwszy raz Bryan przyjechał do Polski z misją UNRRA na przełomie lat 1946/1947. Wykonał wówczas serię bardzo interesujących zdjęć odradzającej się stolicy i jej mieszkańców. Charakterystyczne dla niego jest to, że skupiał się nie na gruzach, nie na budynkach, nie na zniszczeniach, ale na ludziach, którzy żyli w tym otoczeniu, którzy odbudowywali Warszawę.

Następna wizyta miała miejsce w 1958 r. i miała charakter szczególny. Julien Bryan postanowił wówczas odnaleźć osoby, które fotografował w 1939 r. Początkowo wydawało się, że będzie to zadanie niewykonalne, dlatego że nie znał nazwiska żadnej z nich. Udało mu się jednak uzyskać pomoc „Expressu Wieczornego” i dzięki zamieszczonemu w nim apelowi zgłosiło się wiele osób, z których ponad 20 uwiecznił na zdjęciach w 1939 r. Jedną z nich była także pani Kazimiera Mika, którą
w 1939 r. sfotografował, gdy płakała nad ciałem martwej siostry.

Opowieść o swoich poszukiwaniach i losach bohaterów zdjęć Bryan zawarł w wydanej w 1960 r. książce Warsaw. 1939 Siege. 1959 Warsaw Revisited. Znalazł się w niej także tekst Siege z 1940 r. W części albumowej pokazane zostały zarówno zdjęcia z 1939 r., jak i nowe, z lat 1958 i 1959. Każda rozkładówka była podzielona na dwie części. Strona po lewej była czarna i zawierała zdjęcia z okresu wojny, na stronie prawej – białej –zamieszczono zdjęcia obrazujące odbudowę.

Książkę opublikowało polskie wydawnictwo Polonia Publishing House. Ukazała się tylko w języku angielskim i dystrybuowana była jedynie za granicą. Wynikało to prawdopodobnie z tego, że z jednej strony władze chciały wykorzystać tę książkę do swoistej propagandy sukcesu – pokazywała ona na zdjęciach odbudowę Warszawy, odradzające się życie – jednocześnie jednak w treści reportażu zamieszczonego przez Bryana znalazły się rzeczy, które były bardzo niewygodne. Były to wzmianki o wkroczeniu Sowietów do Polski 17 września 1939 r., uwagi o udziale wschodnich oddziałów w tłumieniu Powstania Warszawskiego czy wreszcie trafne spostrzeżenia na temat sytuacji ekonomicznej Polaków, o tym, że często byli oni po prostu ubodzy.

Kolejna wizyta Juliena Bryana miała miejsce rok później i wiązała się z realizacją filmu dokumentalnego o Polsce, który był robiony we współpracy z filmowcami.

Ostatni raz Julien Bryan odwiedził Polskę w 1974 r. i ta wizyta miała charakter bardzo osobisty. Zabrał wówczas ze sobą swojego syna, pana Sama Bryana, który jest tutaj z nami. Julien Bryan żartował wówczas, że zawsze pamięta, którą mamy rocznicę wybuchu wojny, bo w tym samym roku urodził się jego syn.

Julien Bryan zmarł 20 października 1974 r., wkrótce po powrocie do Nowego Jorku.

Na koniec chciałbym powiedzieć kilka słów o tym, co wyróżnia fotografie Juliena Bryana spośród innych zdjęć. Przede wszystkim Julien Bryan nie był fotografem wojennym. Sam o sobie mówił, że wcale nie jest „korespondentem wojennym, lecz posługującym się kamerą reporterem czasu pokoju, osobą, której praca polega na przemierzaniu świata i fotografowaniu ludzi, nie bomb”.

Dla niego, jak pisał: „Najważniejsze w opowieści o oblężeniu Warszawy nie były zburzone budynki lub karabiny czy niemieckie bombowce nad głową. Najważniejsze było to, co przydarzyło się zwykłym mieszkańcom Warszawy, starcom i staruszkom, matkom i małym dzieciom, tysiącom cywilnych pracowników, którzy robili swoje i nie porzucili pracy”.

Było to więc zupełnie inne podejście do pokazywania wojny od tego, które prezentował przytaczany wcześniej Robert Capa. Capa, ogłoszony już w latach trzydziestych największym fotografem wojennym, zasłynął fotografiami pokazującymi śmierć hiszpańskiego żołnierza czy lądowanie desantu w Normandii. Juliena Bryana interesowało co innego, interesowali go zwykli ludzie. Sądził, że w ten sposób może zapoczątkować „nowy rodzaj fotografii wojennej”. I z perspektywy czasu musimy przyznać mu rację. Jeżeli przyjrzymy się fotografiom, które w ostatnich latach są nagradzane w konkursie World Press Photo, to przekonamy się, że często są to właśnie tego typu zdjęcia, jakie robił Julien Bryan.

Susan Sontag w wydanej ostatnio także w języku polskim książce Widok cudzego cierpienia napisała, że pamiętać coraz częściej znaczy nie tyle przywołać w myśli opowieść, ile umieć skojarzyć zdjęcie. Proszę Państwa, bez względu na to, czy Susan Sontag ma rację, czy nie, czy ważniejsze jest słowo, czy obraz, my część naszej pamięci zawdzięczamy Julienowi Bryanowi.

autor: Tomasz Stempowski

Powyższy tekst w nieco innej wersji został wygłoszony 3 września 2010 r. w Centrum Edukacyjnym Instytutu Pamięci Narodowej Przystanek Historia w Warszawie na promocji albumu Oblężenie Warszawy w fotografii Juliena Bryana.


Dodaj komentarz