Image Image Image Image Image Image Image Image Image Image
Przewiń do góry

Góra

Brak komentarzy

Do rzeczy o Julienie Bryanie

Do rzeczy o Julienie Bryanie

Tomasz Stempowski | On 26, Lut 2013

 

W tygodniku „Do Rzeczy” (nr 5, 25 lutego-3 marca 2013 r.) ukazał się wywiad Moniki Rogozińskiej z Eugeniuszem Starkim, poświęcony amerykańskiemu fotografowi Julienowi Bryanowi. Tytuł „Człowiek, który wygrał wojnę z Hitlerem” i nadtytuł „Odwaga i poświęcenie jednego człowieka wpłynęły na losy II wojny światowej” mówią nie tylko o zasługach bohatera tekstu, ale przede wszystkim o rewerencji, jaką darzy go Starki.

Julien Bryan przyjechał do Warszawy ostatnim pociągiem, który we wrześniu 1939 r. dotarł do oblężonej stolicy. Do 21 września fotografował walkę mieszkańców nie tyle z niemiecką armią, co z ciągłym zagrożeniem życia i trudnościami egzystencji w oblężonym mieście. Stany Zjednoczone były neutralne, ale Bryan w Warszawie porzucił neutralność. To, co zobaczył, więzi, jakie połączyły go z Polakami, nie pozwoliły mu być obojętnym. Na falach Polskiego Radia wygłosił apel do amerykańskiego prezydenta i narodu o pomoc dla walczącej Polski. To był tylko gest – zauważony przez Polaków, niedostrzegalny z Ameryki – który jednak mógł Bryana sporo kosztować. Fotograf przypuszczał, że nie uda mu się przeżyć, i przygotował list pożegnalny do żony. Na szczęście wydostał się z Warszawy i wywiózł nakręcony materiał filmowy oraz negatywy zdjęć. Dzięki temu jeszcze w 1939 r. jego fotografie ukazały się w najważniejszych ilustrowanych magazynach na Zachodzie, zadając kłam niemieckiej propagandzie o rycerskiej wojnie i pokazując, że niemiecka armia z rozmysłem atakowała ludność cywilną. W pierwszych miesiącach następnego roku w kinach Stanów Zjednoczonych i całego świata pokazywany był jego film o broniącej się Warszawie „Siege” (Oblężenie), a w księgarniach można było kupić książkę pod tym samym tytułem, zawierającą wybór zdjęć i dramatyczny reportaż.

Julien Bryan zrobił dla Polski i Polaków bardzo wiele. Zrobił tyle, ile mógł. Dzięki niemu Ameryka i Europa Zachodnia zobaczyły inne obrazy z wojny 1939 r. niż te, których dostarczała niemiecka machina propagandowa. Zapewne także jego film, który obejrzało, jak się szacuje, kilkadziesiąt milionów ludzi, wpłynął na opinię publiczną, zwłaszcza w Ameryce, nastawiając ją przychylnie do Polski. Mówienie jednak o decydującym wpływie Bryana na późniejsze przystąpienie Stanów Zjednoczonych do wojny jest grubą przesadą, mającą niewiele wspólnego z realiami. Usprawiedliwia ją retoryczna afektacja i podziw rozmówcy tygodnika dla amerykańskiego fotografa. Taka przesada jest zresztą zupełnie zbędna. Zasługi Juliena Bryana są na tyle duże, że nie ma potrzeby ich wyolbrzymiać.

W Polsce kilka ujęć Bryana ma status fotograficznych ikon II wojny światowej. Przynajmniej jedno znane jest na całym świecie. To fotografia dwunastoletniej Kazimiery Miki płaczącej nad ciałem zabitej przez niemieckich lotników siostry. To zdjęcie jest jednym z najwybitniejszych osiągnięć fotografii wojennej i symbolem losu ludności cywilnej nie tylko w kampanii wrześniowej, ale w czasie każdej wojny.

Stosunek Bryana do fotografii wojennej był bardzo nowoczesny. Można nawet powiedzieć, że właściwy bardziej dla czasów nam współczesnych niż dla lat trzydziestych i czterdziestych XX wieku. Roberta Capę, jednego z najsławniejszych fotoreporterów w historii, rozsławiły obrazy hiszpańskiego żołnierza upadającego po śmiertelnym postrzale, a później amerykańskiego desantu na Omaha Beach, czyli sceny walki. Bryan interesował się tym, co sam nazwał życiem zwykłych ludzi w niezwykłym czasie. Dziś to właśnie takie zdjęcia wygrywają  World Press Photo.

Warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden rys twórczości i przede wszystkim charakteru Juliena Bryana – jego powroty. Po wojnie był w Polsce kilkakrotnie, chciał wiedzieć, co się stało z ludźmi z jego zdjęć. W 1958 r. przybył z misją godną Don Kichota. Nie mając niemal żadnych informacji, postanowił odnaleźć tych, których spotkał w 1939 r. Najpierw szukał miejsc, w których przebywał, potem chodził po tych miejscach i pytał napotkanych ludzi, czy znają kogoś widocznego na jego zdjęciach. Ta metoda nie była zbyt skuteczna, przełom nastąpił dopiero po publikacji zdjęć w „Expressie Wieczornym”. Dotarł do 23 osób, w tym do Kazimiery Miki.

Współcześnie takie powroty i poszukiwanie przez fotografów bohaterów ich dawnych zdjęć nie są czymś wyjątkowym. Na ile wypływają z autentycznej potrzeby i troski, trudno ocenić. Z pewnością jakiś wpływ ma zamiłowanie współczesnej kultury do sequeli. Dla Bryana to była konsekwencja jego wcześniejszych wyborów. Z odnalezionymi przyjaciółmi spotykał się kilkakrotnie. Na pewno nie była to moda czy „wymogi medialnego rynku”. Nie wiem, czy przed nim jakikolwiek fotograf szukał bohaterów swoich zdjęć sprzed lat.

Julien Bryan jest dla Polaków bohaterem. To duże słowo, ale chyba można go użyć. Z pewnością zasługuje na uhonorowanie większe niż to, którego się doczekał. W Warszawie powinno się znaleźć miejsce na tablicę pamiątkową, władze miasta mogłyby jego imieniem nazwać którąś z ulic, Poczta Polska wypuścić znaczki z jego portretem lub/i zdjęciami. Nie jest jednak tak, że to, co zrobił, pozostaje niezauważone. Nie tylko film Eugeniusza Starkiego „Korespondent Bryan” przypomina o jego zasługach.

Instytut Pamięci Narodowej od 2009 r. stara się popularyzować jego sylwetkę. W ramach Archiwum IPN utworzona została „Kolekcja Juliena Bryana w Warszawie”, zawierająca kopie cyfrowe fotografii z września 1939 r., których oryginały przechowywane są w Muzeum Holokaustu w Waszyngtonie. Ukazały się dwa albumy zdjęć fotografa. W jednym, „Oblężenie Warszawy w fotografii Juliena Bryana”, oprócz tekstów i reprodukcji zdjęć zamieszczono płytę DVD z filmem „Siege” i radiowym apelem Bryana z 1939 r. W drugim, wydanym wspólnie z Ośrodkiem Karta, opublikowano niemal nieznane fotografie kolorowe i kolorowane slajdy Bryana. Pierwszy album został nagrodzony nagrodą Klio w kategorii varsavianów, drugi doczekał się edycji niemieckiej. Wspólnym wysiłkiem IPN i Domu Spotkań z Historią w Warszawie zorganizowana została wystawa „Amerykanin w Warszawie”, która odniosła spory sukces. Wreszcie
w 2012 r. Julien Bryan otrzymał pośmiertnie Nagrodę IPN „Kustosz Pamięci Narodowej”, którą odebrał jego syn Sam. List gratulacyjny z tej okazji przysłał prezydent RP Bronisław Komorowski.

Dorobek fotoreporterski Bryana jest bardzo obfity. Z pewnością wiele jest jeszcze do odkrycia i pokazania. Już jednak teraz ma on swoje wyraźne miejsce w polskiej historii i kulturze. A co ważniejsze, w sercach wielu ludzi. Jest wśród nich na pewno Kazimiera Mika, której relacja została opublikowana obok wywiadu z Eugeniuszem Starkim. Ten tekst to nie tylko wspomnienie o dramatycznej chwili uwiecznionej przez amerykańskiego fotografa i późniejszych z nim spotkaniach, to także emocjonalny apel o pamięć.

Dla Kazimiery Miki zdjęcie Bryana ma zupełnie niezwykłe znaczenie osobiste. Opowiedziała o tym na jednym ze spotkań z synem fotografa Samem, zorganizowanym w Domu Spotkań z Historią z okazji wystawy „Amerykanin w Warszawie”. Pani Kazimiera wspominała wtedy, że jej zabita siostra Anna miała tylko dwa zdjęcia, oba z nią. Ich rodzina nie była zamożna, fotograf to był spory wydatek. Dlatego Anna nie miała pamiątki z komunii świętej, dopiero, gdy do sakramentu przystąpiła Kazimiera, mogły sobie pozwolić na wspólną fotografię.

Drugie zdjęcie to tragiczna scena uwieczniona przez Juliena Bryana.

 

autor: Tomasz Stempowski


Dodaj komentarz