Image Image Image Image Image Image Image Image Image Image
Przewiń do góry

Góra

Brak komentarzy

Prawda czasu, prawda ekranu

Prawda czasu, prawda ekranu

Tomasz Stempowski | On 26, Cze 2013

 

Jest taki dowcip: Mały Hans pyta dziadka: „Dziadku, a dlaczego na tym zdjęciu stoisz przed Hitlerem z wyciągniętą do góry ręką?”. Dziadek odpowiada: „Bo, wnusiu, ja wołam: Hola, hola! Tak nie wolno, panie Hitler!”. Wielu Polaków odniosło wrażenie, że Niemcy właśnie nam go opowiedzieli i chcą, nie żebyśmy się roześmiali, ale zrozumieli go dosłownie i uwierzyli.

Niemiecki miniserial „Nasze matki, nasi ojcowie” budził emocje jeszcze przed pokazaniem go przez Telewizję Polską. Film okazał się rzeczywiście skandaliczny. Sposób, w jaki przedstawia Polaków, jest zakłamany i po prostu obraźliwy. Pozytywnym następstwem emisji filmu jest natomiast ożywienie dyskusji o polityce historycznej naszych zachodnich sąsiadów, a także naszej. Być może dzięki temu społeczeństwo i część tzw. elit uświadomi sobie, że czy się tego chce, czy nie, coś takiego naprawdę istnieje. Historia to wprawdzie przeszłość, ale pisze się ją współcześnie. Jeśli nie zrobimy tego sami, ktoś nas wyręczy, a wtedy może się nam nie spodobać to, co przeczytamy. I to, co zobaczymy. Bo współcześnie coraz częściej historię nie tyle się opisuje, co pokazuje.

Oburzenie polskich widzów wywołało przypisanie niemal wszystkim Polakom nienawiści do Żydów. Antysemityzm to dominująca cecha Polaków w wielu scenach filmu. Najbardziej drastyczna pod tym względem jest sekwencja, w której oddział Armii Krajowej zatrzymuje pociąg przewożący więźniów obozu koncentracyjnego. Gdy okazało się, że w środku są Żydzi, dowódca zamyka drzwi, pozostawiając ich na śmierć. Na pytanie jednego z głównych bohaterów, co z nimi, polski partyzant odpowiada: To Żydzi, a Żydzi są tak samo parszywi jak komuniści czy Ruskie.

Ta scena oprócz tego, że jest kłamliwa i obraźliwa, jest też po prostu głupia. Do Oświęcimia trafiali nie tylko Żydzi, wywieziono tam i zamordowano także tysiące Polaków. Wiedziały o tym ich rodziny, wiedzieli sąsiedzi, wiedziała niemiecka administracja, która ich tam kierowała, zapewne nie było to tajemnicą i dla partyzantów z AK. Poszczególne kategorie więźniów nosiły na pasiakach oznaczenia. Żydzi mieli przyszyte dwa żółte trójkąty tworzące razem gwiazdę Dawida. Od drugiej połowy 1944 r., a więc w czasie, w którym rozgrywa się scena, oznaczani byli dodatkowym żółtym paskiem nad trójkątem, symbolizującym kategorię. Więźniowie pokazani w filmie noszą czarny winkiel noszony przez tzw. aspołecznych, czyli m.in. prostytutki, kobiety, które dokonały aborcji, lesbijki, Cyganów. Nie wiem, dlaczego producenci ZDF nie zadbali o odpowiednie naszywki. Jeśli nie wiedzieli jakie, to mogli po prostu zapytać „ojców”, którzy te oznaczenia wymyślili.

Sprzeciw budzi cała wymowa filmu, który przedstawia Niemców niemal jako ofiary, choć właściwie nie wiadomo czego – czasów, okoliczności, nazizmu. Jak zauważyło z przekąsem kilku komentatorów, Niemcy wprawdzie zabijają, ale robią to z przykrością, za to wschodnia dzicz, czyli Polacy, Ukraińcy, Rosjanie, jest pełna nienawiści i pozbawiona hamulców.

Po projekcji ostatniego odcinka filmu odbyła się debata telewizyjna, w prasie ukazało się kilka artykułów na jego temat. Wciąż są one łatwo dostępne i nie ma potrzeby ich streszczać. Chciałem natomiast zwrócić uwagę na spontaniczną reakcję, która pojawiła się w internecie. Na różnych stronach zostały zamieszczone szydercze grafiki wyśmiewające niemiecki film. Takie prześmiewcze publikacje są już stałym elementem funkcjonowania sieci internetowej. Internauci (swoją drogą warto by zbadać, kto się kryje pod tym wygodnym terminem) „wrzucają” swoje satyryczne komentarze właściwie na temat każdego mniej lub bardziej głośnego wydarzenia. Regularnie wyśmiewani są politycy, celebryci, właściwie wszyscy. Nie jest więc zaskoczeniem, że na celowniku znalazł się też wzbudzający emocje film ZDF.

Komentarze wykorzystują element graficzny, do którego dodany zostaje krótki tekst. Może być on zamieszczony w formie podpisu, nadruku nałożonego na obraz lub komiksowego dymka. W omawianym przypadku wykorzystywano kadry z filmu, zdjęcia i rysunki. Częstym motywem tekstowym były nawiązania do tytułu „Nasze matki, nasi ojcowie”.

Warto się przyjrzeć, w jaki sposób do zakwestionowania tez zawartych w filmie wykorzystywano fotografie archiwalne. Na stronach portalu wPolityce.pl opublikowanych zostało 11 komentarzy internautów. Zwraca uwagę wykorzystanie trzech zdjęć.

Pierwsze pochodzi z albumu przechowywanego w Muzeum Holokaustu w Waszyngtonie (USHMM), należącego do Karla Höckera, adiutanta komendanta Auschwitz Richarda Baera. Przedstawia roześmiane kobiety z personelu pomocniczego SS i esesmanów z załogi obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau na wycieczce w Solahütte 22 lipca 1944 r. W centrum kadru widać samego Höckera. Na obraz nałożono tekst: Nazi matki, nazi ojcowie.

Druga fotografia pochodzi z tzw. albumu Lili Jacob, znajdującego się obecnie w zbiorach Yad Vashem. Przedstawia selekcję węgierskich Żydów na rampie kolejowej obozu Auschwitz, skąd wielu trafi od razu do komory gazowej. Niektóre z osób uwiecznionych na tym zdjęciu zostały zidentyfikowane. Po prawej na przedzie widać albo SS-Unterscharführera Wilhelma Emmericha, albo SS-Haupsturmführera Georg Höckera oraz żydowskiego więźnia Hansa Schorra. Drugi od przodu widoczny jest Jakob de Hond z Holandii lub Szlomo Glogower z Makowa] oraz po lewej Yap Van-Gelder [lub Shlomo Pivnik]. Kobieta obok nich została zidentyfikowana jako Rosa Landau z Er-Mihaifalva (Valea-Lui-Mihai). W ten obraz wklejono dymek z dodanymi słowami jednego z esesmanów: Warunki może nie najlepsze, ale polscy antysemici was tu nie dopadną.

Trzecie zdjęcie pokazuje kobiety prowadzone przez niemieckich policjantów na egzekucję w Palmirach, gdzie między grudniem 1939 r. a lipcem 1941 r. Niemcy rozstrzelali około 1700 obywateli polskich: Polaków i Żydów. Fotografia wykorzystana przez internautę pochodzi ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego, ale była publikowana jeszcze w czasie wojny. Znaleźć ją można w książce „The Black Book of Poland” wydanej przez Polskie Ministerstwo Informacji w 1942 r. w Nowym Jorku oraz w niemieckojęzycznej broszurze „Totaler Terror. Polen am Marterpfahl”, opublikowanej przez Armię Krajową w ramach akcji „N”. Napis nałożony na ten obraz brzmi: Nasze matki, wasi ojcowie.

 

We wszystkich trzech przypadkach zestawienie archiwalnych fotografii z napisami odwołującymi się do „przesłania” filmu dekonstruuje fałszywe treści w nim zawarte. Zdjęcia jednoznacznie pokazują, kto był katem, a kto ofiarą. Wykorzystano siłę obrazu fotograficznego, który jest niemal podświadomie odbierany jako dowód, że coś rzeczywiście się zdarzyło. To, że użyto zdjęć historycznych, pochodzących z renomowanych archiwów, wzmacnia jeszcze ich siłę oddziaływania. Można powiedzieć, że obrazom sztucznym, zainscenizowanym przez telewizyjnych twórców przeciwstawiono obrazy prawdziwe, będące odbiciem rzeczywistości.

Trochę inaczej obraz fotograficzny został wykorzystany w montażu opublikowanym przez tygodnik „Uważam Rze” (nr 25/2013 24-30.06.2013). I w tym przypadku do słynnej fotografii pochodzącej z raportu Stroopa, na której widać chłopca z podniesionymi rękami w czasie powstania w getcie warszawskim, dodano dymek z tekstem: Przybyliśmy, żeby bronić was przed polskimi antysemitami. Ale obraz został podkolorowany, podobnie jak kolorowano zdjęcia przed pojawieniem się fotografii barwnej. Taki zabieg sugeruje, że ktoś dopuścił się manipulacji, że właśnie „podkolorował” przedstawioną scenę. Tak jak ktoś „poprawił” rzeczywistość pokazaną w filmie „Nasze matki, nasi ojcowie”.

Użycie fotografii do pokazania zbrodni popełnionych przez Niemców nie jest oczywiście niczym nowym. Zaczęło się zaraz po wybuchu wojny. W publikacjach państw alianckich znajdziemy mnóstwo przykładów. Bezpośrednio po klęsce Trzeciej Rzeszy jeszcze się nasiliło. To, co zobaczyli żołnierze amerykańscy i angielscy w wyzwolonych przez siebie obozach koncentracyjnych, wywołało prawdziwy szok. Wcześniej obrazy okrucieństw niemieckich często uznawano za propagandę wojenną, teraz wszyscy mogli zobaczyć je na własne oczy. Zdjęcia dokumentujące niemieckie zbrodnie były szeroko rozpowszechniane w społeczeństwach koalicji antyhitlerowskiej, i wierzono im.

Szybko uznano, że te same obrazy powinni zobaczyć Niemcy, tak by uświadomili sobie, za co ponoszą odpowiedzialność. Niejednokrotnie władze okupacyjne zmuszały ich do oglądania wystaw i filmów pokazujących obozy koncentracyjne i ich ofiary. Czy przynosiło to pożądany skutek? Połowicznie. Wprawdzie trudniej było przyjąć postawę: „ja o niczym nie wiem”, ale społeczeństwo niemieckie raczej nie przyznawało się do odpowiedzialności za zbrodnie popełnione w czasie wojny, a pokazywane im obrazy uznawało za fałszerstwo.

Współcześnie środki audiowizualne dominują w dyskursie kulturowym, zwłaszcza na poziomie kultury popularnej. Coraz wyraźniej wpływają też na kształtowanie pamięci historycznej jednostek i całych zbiorowości, nawet narodów. Niestety niejednokrotnie są nośnikami fałszywych obrazów, wykreowanych przez fachowców od docierania do masowej publiczności. Zastępują w umysłach ludzi obrazy dokumentalne, mające jakieś odniesienie do rzeczywistości historycznej, lub po prostu wypełniają pustkę. Stare powiedzenie, że zdjęcie mówi więcej niż tysiąc słów, choć nie do końca prawdziwe, ma jednak pewien sens. Można je rozumieć w ten sposób, że obraz mówi „głośniej” od słów, jest lepiej „słyszalny”.

Być może czas na nowo uwierzyć w siłę obrazu. W archiwach w Polsce i na świecie znajduje się niemało zdjęć, które wyraźnie pokazują nie tylko, kto odpowiada za zbrodnie II wojny światowej, ale także ich skalę i różne grupy ofiar. Warto pokazać publicznie fotografie dokumentujące działalność Selbstschutzu i Einsatzgruppen w Polsce w 1939 r., walkę gestapo z polskimi organizacjami podziemnymi, propagandę rasową niemieckich urzędów przesiedleńczych oraz liczne „pamiątkowe” zdjęcia z egzekucji Polaków i Żydów, które Niemcy służący w Wehrmachcie i SS robili sobie tak chętnie jak jeden z bohaterów filmu „Nasze matki, nasi ojcowie”. Oczywiście nie dotrą one bezpośrednio do publiczności tak licznej, jaką miał film, ale stworzą pewien korpus obrazów, które będą się przesączać do popularnej wizji historii. Publikacja albumów fotograficznych, organizowanie wystaw i edycje filmów dokumentalnych utworzy bazę źródłową, do której będą mogli, a do pewnego stopnia i musieli, odwoływać się twórcy kolejnych telewizyjnych spektakli.

 

autor: Tomasz Stempowski


Dodaj komentarz